Ananda Devi

zdjęcie profilowe - Ananda DeviAnanda Devi to pseudonim Anandy Devi Anenden, z domu Nirsimloo, najbardziej znanej pisarki maurytyjskiej. Urodziła się 23 marca 1957 roku na Mauritiusie w małej miejscowości Trois-Boutiques. Ojciec był drobnym plantatorem trzciny cukrowej, głównej uprawy wyspy.

W jednym z wywiadów pisarka zastanawia się, jaki był jej język ojczysty, co dla większości Maurytyjczyków jest pytaniem niełatwym. W jej przypadku o prymat pierwszeństwa walczyły telugu, język z południowych Indii, który był rodzimym językiem matki i miejscowy język kreolski (Kreol Morisyen), powstała na bazie francuskiego prawdziwa lingua franca wyspy. W szkole uczyła się angielskiego, który jest językiem urzędowym państwa, parlamentu, prawodawstwa i częściowo ekonomii, a także francuskiego pozostającego na Mauritiusie językiem kultury, prawie całej literatury, wielu stacji radiowych i telewizyjnych oraz prasy pisanej.

Oprócz telugu, odgrywającego rolę drugo- lub trzeciorzędną, w tradycji wielu rodzin indo-maurytyjskich daleko częściej odnaleźć można inne języki subkontynentu: hindi, urdu, tamilski, gujarati, bodjpuri… Językami domowymi potomków przybyszy z Chin są kantoński i hakka. Na wyspie mówi się osiemnastoma językami, żaden jednak nie ma nawet w przybliżeniu powszechności, jaką oznaczają się kreolski, angielski i francuski, których równoczesna znajomość charakteryzuje ogromną większość populacji kraju.

Ananda Devi jest z wykształcenia antropologiem społecznym. Doktorat uzyskała w University of London. Jest, a właściwie do końca marca 2019 roku była, zawodowym tłumaczem w Genewie. Od kilku dziesięcioleci mieszka we Francji, w miejscowości Ferney-Volataire przy granicy szwajcarskiej. Jest autorką kilkunastu powieści, kilku zbiorów nowel i poezji. Od końca XX wieku wydaje swoje utwory we Francji, najpierw w wydawnictwach L’Harmattan i Dapper, później głównie u Gallimarda. Jej ostatnia powieść Manger l’autre (2018) wyszła w wydawnictwie Grasset.

Intrygi jej powieści rozgrywają się najczęściej na Mauritiusie (fr. nazwa Île Maurice). Bohaterkami są kobiety sprzeciwiające się przemocy i zepchnięciu ich do podrzędnych ról społecznych w tradycyjnym, patriarchalnym społeczeństwie wywodzącym się z hinduskich emigrantów w czwartym lub piątym pokoleniu lub spośród Mulatów zwanych na Mauritiusie Kreolami. Styl Anandy Devi jest silnie zmetaforyzowany, liryczny, choć przesycony jest również obrazami naturalistycznymi i nie stroni od turpizmu. Jej wyobraźnia jest głęboko zmysłowa i materialistyczna, odniesienia kulturowe są odbiciem złożoności maurytyjskiej tożsamości będącej syntezą wpływów indyjskich, afrykańskich i europejskich.

Ananda Devi jest uznawana za najważniejszego pisarza zachodniej części Oceanu Indyjskiego w regionie dawniej pozostającym w kolonialnej zależności od Francji i Anglii. Jest cenionym twórcą nagrodzonym kilkoma prestiżowymi międzynarodowymi wyróżnieniami literackimi. Dwa jej utwory (La cathédraleÈve de ses décombres) zostały zekranizowane. Devi jest też dla swoich maurytyjskich kolegów po piórze niekłamanym autorytetem, jej nazwiskiem sygnowane są wstępy i posłowia wielu dzieł jej piszących rodaków. Podobnie jak wielu wielkim pisarzom literatury światowej udało jej się ukazać uniwersalny charakter lokalnych zdawałoby się problemów małej, lewie ponadmilionowej społeczności niewielkiej wyspy na końcu świata.

Poniżej przedstawiamy streszczenia jej najważniejszych utworów autorstwa dr Anny Szkonter-Bochniak wraz z kluczowymi dla nich fragmentami tych dzieł w polskim przekładzie prof. Krzysztofa Jarosza, opublikowane na naszej stronie wydziałowej za zgodą francuskich wydawców: L’Harmattan, Gallimard i Dapper.

—————————————————–

Pagli

Pagli opublikowana w 2001 jest piątą powieścią Anandy Devi i pierwszą wydaną przez prestiżowe francuskie wydawnictwo Gallimard.

Tytułowa bohaterka jest młodą Indo-Maurytyjką wywodzącą się z konserwatywnej, hinduskiej rodziny. Dziewczyna w wieku 13 lat przeżywa traumatyczne doświadczenie, którym jest gwałt dokonany przez starszego kuzyna wybranego przez rodzinę na jej przyszłego męża. Mimo iż w przypadku tego zaaranżowanego małżeństwa rodzice kobiety nie oczekują jej zgody, ona sama wyraża ją i z niecierpliwością czeka na zawarcie związku małżeńskiego z mężczyzną, na którym pragnie się zemścić. Dokonanie zemsty staje się celem jej życia.

Podczas ceremonii zaślubin dziewczyna popełnia pierwszy akt transgresji, wymawiając po cichu przysięgę małżeńską po kreolsku, a nie w sanskrycie. Momentem przełomowym w jej wewnętrznej metamorfozie i w buncie jest noc poślubna, podczas której bohaterka zachowuje się prowokująco, niezgodnie z obowiązującą w jej społeczności wizją pokornej i potulnej kobiety. Wzbudza zdziwienie i strach męża, który, obawiając się jej reakcji i zachowania, zaczyna jej unikać. Jej najbliższe otoczenie, głównie rodzina męża, bardzo szybko zaczyna postrzegać ją jako osobę szaloną. Nie są oni w stanie zrozumieć jej sposobu życia i jej decyzji. Kobieta stara się nie wykonywać czynności zwyczajowo przypisanych jej płci, nie zajmuje się domem, kuchnią i – co najbardziej szokuje – nie chce mieć dzieci. Zachowuje się w sposób ekstrawagancki i szalony. Pewnego dnia zaprasza do domu żebraczkę pochodzącą z hinduskiej kasty dalit, czyli nietykalnych, przygotowuje dla niej posiłek i ofiarowuje swoje najpiękniejsze ubrania. Mieszkańcy Terre Rouge, gdzie mieszka od momentu ślubu, zamiast używać jej właściwego imienia, Daya, nadają jej przydomek Pagli (co w języki hindi oznacza szalona).

Jedyną przyjazną jej osobą jest jej sąsiadka Mitsy. To w jej domu Pagli/Daya spotyka miłość swojego życia, rybaka Zila, który jest Kreolem. Dzięki tej miłości kobieta wyzwala się całkowicie z okowów patriarchatu i odnajduje swoją tożsamość. Po raz pierwszy w życiu udaje jej się zaakceptować samą siebie. Transgresja, którą jest zdrada męża i, co więcej, związek z mężczyzną z innej grupy etnicznej, rzecz nie do pomyślenia w jej otoczeniu, czyni ją wolną i spełnioną. Szczeście nie trwa jednak długo, gdyż ich relacja przestaje być tajemnicą. W momencie gdy Zil przebywa na morzu, Pagli zostaje poddana karze: zostaje zamknięta w kurniku i ma wypalony na czole znak, który ma być oznaką jej nieodpowiedniego postępowania. Kobieta ma nadzieję, że Zil powróci i ją uratuje, co jednak nie ma miejsca. Wioska, w której mieszka, zostaje bowiem dotknięta straszną powodzią, w której Pagli traci życie.

Pagli

Mrok
Nwar

(s. 51-56 oryginału; nieprzetłumaczone poniżej słowa i fragmenty tak jak w oryginale są po kreolsku)

            Nie znasz prawdziwego mroku, jeśli cię w nim nie pogrążono. W mroku, który oślepia jak krwawe łzy i jest unicestwieniem wszelkiego światła. Światem nawarstwiających się lęków.

            Weszłam do niego raz i już z niego nie wyszłam. Nigdy go nie zapomniałam. Wspomnienie jest we mnie jak palący płód; wpatruję się w nie, gdy chcę na nowo rozniecić swoją wściekłość i przypomnieć sobie, jaki jest ten mężczyzna, który już od kilku lat umiera u mojego boku. Wyblakły cień substancji, która niczego już nie zawiera; skondensowana nicość.

Porusza się w milczeniu swojego strachu. Obfity, brudny pot jest jak olej spływający po jego ciele. Wyczuwam jego smród i oddalam się, zanim nadejdzie. Włosy ma starannie uczesane. Ubranie jest jak zbroja chroniąca jego zwiotczałe ciało. Jest gruby, ciężki samym sobą.

Jest duchem nawiedzającym moją intymną przestrzeń. Każda część mojego ciała przypomina go sobie, bo tak właśnie buduję swoją nienawiść: karmiąc ją wspomnieniami.

Zostałam poślubiona mojemu kuzynowi. Taka decyzja zapadła, kiedy byłam dzieckiem, gdyż to odpowiadało wszystkim. A ja zgodziłam się, bo chciałam się na nim zemścić. Zgwałcił mnie, gdy miałam trzynaście lat.

Stało się to lata temu, ale czuję, jakby to było dzisiaj. Ma znudzone oczy i zmęczone powieki. Kiedy do nas przychodzi, cały czas wpatruje się we mnie bez słowa. Strachem przejmuje mnie to, co wyczytuję z jego twarzy. Pracuje dla rządu. Jest mężczyzną i chociaż ja jestem jeszcze prawie dzieckiem, zaczyna się nas już swatać. Unieważnia się pięć kolejnych lat mojego życia w oczekiwaniu na Ceremonię, ale w jego spojrzeniu widzę się jako coś gotowego i niedoświadczonego, widzę w sobie ciało, którego się pożąda. Jestem inna i nie lubię tego, czym jestem. Owijam się w zbyt obszerne szale, lecz mam wrażenie, że widzi poprzez nie i że moje sukienki są za krótkie. Żeby nie przyciągać jego spojrzenia, nie odważam się nawet podrapać, kiedy gryzą mnie komary. Użądlenia zakwitają małymi różowymi pęcherzykami, w które i tak się wpatruje, pot spływa mi po policzkach, a on przeciąga językiem po swoich wargach, jakby go zlizywał. Za każdym razem, kiedy przychodzi, zaczynam się nienawidzić. Jeżeli tak mają na mnie patrzeć, to nie chcę być kobietą.

(To nieprawda: kobietą jest się, gdy ktoś patrzy na kogoś, jak ty [„Ty”, męska postać, która pojawia się tu i poniżej jako adresat wynurzeń bohaterki, to rybak Zil, jej kreolski ukochany – przyp. tłumacza] na mnie, z uwielbieniem i szacunkiem.)

Gwałt ma miejsce, gdy przyjeżdża do nas „w wolny dzień”. Wie, że mojego ojca nie ma, a matka pojechała na ślub, że jestem w domu sama i zapada wieczór.

Dotyka mnie, kiedy przynoszę mu herbatę, o której zrobienie poprosił. Poufale dotyka mojego biodra, jakbym już do niego należała. Mówi o rzeczach banalnych, „Kiedy się ożenimy”, jakby to była oczywistość. A potem: „Oczywiście, mogę poczekać pięć lat, aż staniesz się piękną, młodą kobietą, ale nie mam ochoty czekać, żeby cię dotykać, patrzeć na ciebie i cię poznać. Mówi: „To będzie jak obietnica, którą sobie damy, tajemnica, trochę jak ślub przed czasem”… Przemawia do mnie jak do dziecka, ale jego oczy mówią co innego.

Że są w nim przestrzenie wypełnione robakami. Że to, co widzę połyskującego na jego wargach i w oczach, nie jest materią ludzką. Że pod tą cielesną powłoką czai się inne stworzenie.

Zdumiewają mnie jego słowa, ale on jednocześnie pieści moje biodra, potem pośladki i nie jestem w stanie zrozumieć zarazem jego gestów i słów.

Kontynuuje tym samym tonem, uspokajającym, zakładającym moje przyzwolenie. Mówi o sprawach męsko-żeńskich, o przyjemnych pieszczotach, nowych wrażeniach. Te kształtujące się w jego ustach słowa podobne są do przekleństw, chociaż nimi nie są, do smarków, które już przyklejają mi się do twarzy, więc instynktownie przeciągam po niej dłonią, żeby je zetrzeć, ale nic na niej nie ma, on tymczasem sądzi, że to gest zapraszający, jego dłoń staje się bardziej natarczywa, jestem oszołomiona, spowolniona, nie jestem w stanie odejść.

Wiem już, że go nie lubię ani jego dłoni, ani jego postarzałego ciała, ale trzyma rękę pod moją sukienką i na wpół mnie podnosi, i ciągnie w stronę mojego pokoju, który jest wnęką bez okna na końcu korytarza, gdzie mieści się tylko łóżko i mała szafka. Zamyka drzwi, nie zapala światła. Jesteśmy pogrążeni w mroku.

Nie warto opowiadać o tym, co dzieje się później, bo wtedy usłyszano by tylko wydobywający się z tej strony cichy, słaby krzyk, który przekształciłby się w pieśń, w głos dziecka całkiem zgubionego, zupełnie osieroconego, którego powstrzymywany i niezrozumiały ból szybko stałby się nie do wytrzymania.

Te sprawy są prawie banalne dla tych, co ich nie przeżyli. Musieliby wejść do mojego wnętrza i stamtąd czuć, patrzeć, słuchać. Wtedy by wiedzieli.

Nic więcej o tym nie powiem.

Kiedy pewnego dnia opowiedziałam ci o tym, kiedy słowa wylały się z całą spalenizną i brudem, które były we mnie od tamtego czasu, ty przycisnąłeś mnie do siebie i długo mnie kołysałeś. „Oto, co trzeba było wtedy zrobić, żeby wypędzić z ciebie demona bólu” – powiedziałeś. „Potrzebowałaś matki czy starszego brata, kogoś, kto po prostu utuliliby cię, żeby ci uświadomić, że są ciała, które niszczą, i takie, co odbudowują.

W owej chwili byłeś moim bratem. Ukołysałeś mnie, odprawiłeś nade mną egzorcyzmy. Przez całą noc trwaliśmy przytuleni do siebie. Nie było księżyca, a gwiazdy były za daleko, żeby nas oświetlić, ale zrozumiałam, że mrok mógł być czymś innym, odmiennym. Mógł zawierać uderzenia twojego serca o moje ucho.

Tamtego dnia, kiedy mnie wreszcie zostawił samą, byłam już tylko zmiażdżonym kłębuszkiem mroku w kącie pokoju.

Odszedł. Zamykając drzwi, powiedział: „Nie przejmuj się, nie zajdziesz w ciążę”. Gdy drzwi się zamknęły, coś obrzydliwego wniknęło we mnie przez nozdrza. Trupi odór, który przywarł do mnie i którego, jak sądziłam, nigdy się już nie pozbędę. Byłam zamknięta na kłódkę wewnątrz tego wspomnienia. Moje lepkie ciało było w dziwaczny sposób powykręcane. Odszedł, a ja weszłam w to inne miejsce, w którym już siebie nie odnajdywałam.

Słuchałam, jak rodzę się w okrucieństwie. Kontemplowałam przeszywającą mnie białą broń, ostrze samotności, które nieomal ze słodyczą zagłębiało się w moim ciele. Rozpościerało swoje macki na wszystkie moje obszary cienia i światła, ku zakamarkom, w których mój umysł próbował się schronić, ku częściom ciała, które dłonie mężczyzny pokryły konstelacją sinych znamion. Wypędzało oczekiwanie na cierpienie.

Cierpienie było tu obecne.

Tak oto narodziłam się pewnego dnia przemocy i popiołów.

            Dorastałam, za jedyny cel mając zemstę. Nikt mnie już znał. Weszłam w samą siebie i już z siebie nie wychodziłam, chyba żeby patrzeć ludziom prosto w twarz, dostrzegając w niej brak odwagi.

            Przystałam na to, aby wejść w ból przepowiedziany przez wytatuowaną staruchę, która mnie wychowała.

            Wi, pa ekut zot, mo tifi, zot nam kuma enn tomb [Dosłownie: „Nie słuchaj ich, dziewczyno. Ich dusza jest jak grób” – przyp. tłumacza]. „Ich dusza jest grobem” – mówiła. Ich zaschnięte życia nie ujrzą nigdy szerszych horyzontów, nigdy nie zobaczą wielkości żagli na wodzie. Myślą, że opierają się na głębi swojej przeszłości, lecz nie budują żadnej przyszłości, bo pozamykali wszystkie drzwi. Nie chcą widzieć tego, co w innym błyszczy i oczekuje na nich. Co wzywa nas z cienia nieznajomych.

            To ona zmusiła mnie, żebym przetrwała mrok. Nie wiem, jak się dowiedziała. Czy jej milczące spojrzenie potrafiło rozpoznać we mnie swoją własną rozpacz niekochanej, czy widziała już tak wiele cierpień, że prawie bezbłędnie umiała odgadnąć, jaką historię opowiadała każda nieprzelana łza, każde zanurzenie się w pustce straszliwszej od obojętnie jakiej nieobecności i wrażenie duszności, gdy mrok opadał na was, sprowadzając was do sadzy waszych przerażeń.

            Pozostali, ojciec, matka, sąsiedzi, koledzy ze szkoły, nauczyciele, żyli pogrążeni w całkowitej obojętności, ślepi na całą tę ropiejącą we mnie wściekłość, która sprawiała, że tyłam nie z powodu przemocą zakończonego okresu pokwitania, ale z chęci skończenia wreszcie z moim dzieciństwem, tak żeby nie być już wystarczająco lekka, aby ktoś podniósł mnie i zawlókł do dziury mojej pamięci. To ona rozgrzewała mnie wtedy, okrywając mnie wieczorem kołdrą, którą zrobiła z kilku grubości zszytych ze sobą sari, pojąc mnie mlekiem aromatyzowanym kardamonem i szafranem, gorącym i słodzonym, przykładając mi do podbrzusza gorące kompresy, chociaż nic jej nie powiedziałam. W ogóle nic już nie mówiłam, przestałam mówić, miałam wrażenie, że nie oddycham, nie chciałam już nigdy usłyszeć tego całkowicie zmasakrowanego głosiku, który rozlegał się w ciemności, a wydobywał się ze mnie.

            Zaprowadziła mnie do czegoś w rodzaju bezimiennego miejsca, w którym nie chwiałam się już na skraju otchłani, lecz mogłam tam pędzić dalej egzystencję opatuloną watą, bez jakiejkolwiek myśli, z wyjątkiem tej jednej: zażądać, pewnego dnia, spłaty długów.

            Czesała mnie. Opowiadała mi historie pełne rozpaczy. Mówiła mi, że kobiety urodziły się skazane na ból. Kreśliła przede mną obraz parzącej drogi, przeznaczenia prowadzącego do zużycia i klęski. Udawałam, że jej nie słucham. Nie chciałam iść prostą drogą ku tej przyszłości naznaczonej śniedzią, w którymś momencie jednak objawiło mi się to jako oczywistość. Dowiedziałam się, że to, co mi mówiła, było prawdą.

            Stałam się tą istotą o zgaszonym spojrzeniu. Otwarłam dłonie, żeby nigdy już nie mieć złudzenia, że szczęście było w zasięgu moich rąk i że mogłam je zatrzymać.

 

Kuzyn w dalszym ciągu nas odwiedza.

            To postanowione. Wyjdę za niego.

            Ta myśl wywołuje mój uśmiech.

            Jednak kiedy mu to mówię, widzę, że drży.  

 

Ślub
Maryaz

(s. 73-79 oryginału)

            Wszystko, co nam się przydarza, jest prawdą, której nie możemy zanegować. Jesteśmy tym, co przeżyliśmy. Zatem to, co ci ofiaruję z siebie, jest również tym właśnie: żywą raną mojego dzieciństwa.

            Wiem, że kochasz we mnie wszystko, również moje cierpienie i to, co odgadłeś, wpatrując się w moją twarz. Wyczytałeś z niej moją historię i dowiedziałeś się, że mrok również jest częścią mnie, że pomógł mi się zbudować, bo bez tego stałabym się, jak tyle innych, dziewczyną niepotrafiącą odmawiać i pozbawioną woli.

            Nie licząc tego, co zdarzyło się pięć lat wcześniej, do ceremonii zaślubin pozostałam dziewicą. Usiadłam naprzeciw ognia, wrzucając do niego nie słowa przysięgi, ale przekleństwa. Ubrali mnie na czerwono i złoto. Zapletli włosy, pomalowali henną oczy i zawiesili biżuterię na szyi, nadgarstkach i czole. Chcieli, żebym pięknie wyglądała. W lustrze, w które nie oparłam się zerknąć, widniała mała, wąska i blada twarz. Odcinały się od niej bardzo czarne oczy i okrutna linia ust. Nie byłam piękna. Broszowana tkanina sari drażniła mi skórę. Chodziłam niezręcznie, zaplątana w ciągnące się aż do ziemi fałdy. To nie byłam ja. Słyszałam ogłuszającą muzykę z indyjskich filmów, gromkie śmiechy mężczyzn, stłumiony chichot kobiet, wieczne odgłosy kuchni. Spoglądałam na ślady szafranu pozostałe na moich ramionach z wczorajszej ceremonii. Wszystkie te kobiety, które przyszły nałożyć mi na policzki, ramiona i stopy żółtą wonną pastę w rytuale przynależności i płodności, jakby to wystarczało, żeby uczynić ze mnie kobietę. Nie chciałam uczestniczyć w ich jednodniowej solidarności.

            Nie, żadnej solidarności z kimkolwiek – ojcem, matką, ciotkami, kuzynkami. I kuzynem. Tak, był tam. Ubrany na biało, trochę bardziej pulchny niż przedtem, dumny z tego, że taki ważny. Muzyka, śpiewy, modlitwy. Tylko nie we mnie, w której ołów zastygał powoli w zimną i gładką w dotyku taflę.

            Pozwoliłam, żebym w nim skrzepła od palców stóp po czubek głowy. Spoza czerwonego, na wpół przezroczystego welonu oglądałam świat jak poprzez krwistą mgiełkę i tak było dobrze, bo nie miałam w sobie nic kobiecego. Byłam potworem, który czekał, żeby móc nakarmić się stojącym obok mężczyzną. Czułam, jak moje siekacze zagłębiają się w jego ciele. Owładnęła mną ochota na ten smak surowego mięsa. Upajać się goryczą jego istnienia, jego obecności, jego narodzin na tej ziemi, która rozpadała się, żeby nie widzieć jego wewnętrznych prawd ani gangreny, która ją opanowała. Żeby znieść widok świata, trzeba było nałożyć tę grubą warstwę kosmetyków: pudru, kholu, szminki i perfum albo spoglądać przez barierę czerwonego welonu.

            Pandit rozpoczął swoje modlitwy. Sanskryt snuł się, niezrozumiały, ponad zgromadzonymi. Spojrzenia szukały się, przecinały, wzywały. Grupa zacieśniała więzy; ja byłam tylko pretekstem.

            Potem zaczął mnie przyciągać ogień. Wszedł we mnie jego pomruk. Miejsca wystarczało tylko na gniew. Gdy unosił się z polan mangowca karmiony wonnym, klarowanym masłem ghee, którym polewał go pandit, wzięłam pierwszą garść ryżu i wrzuciłam go w ognisko. Ogień, który wymagał mojej przysięgi, otrzymał obietnicę zemsty.

            Pandit powiedział mi, żebym wygłosiła przysięgę wierności i posłuszeństwa żony dla męża: musiałam ślubować, że się nim będę zajmować, utrzymywać go w zdrowiu i że dam mu wiele dzieci. U bizen priye pu ki u okip tuzur byen u mari, pran li byen kont kuma en fam bizen fer, servi li, pran kont so lasante, e dimann bondye ki li donn u bann zenfan en bonn sante.

            Ja jednak, sypiąc ryż w ogień, z głową podniesioną i dumnie wyprostowaną, zaczęłam wypowiadać słowa mojej własnej modlitwy:

            Mo priye pum o gagn kuraz dir non. Pu ki mo tuzur mazinn mo duler. Pu mo kapav get mo mari en fas e ki li lir mo laenn dans mo lizie. Mo priye pum o pa suiv simen fam, simen mam, sime belmer. Pu mo pa vinn enn mofinn ki nek anvi tuy lespwar dimunn. Mo priye pu ki zenfan kip u ne dan mo vant enn zenfan lamur, pa laenn.

            Zawsze będę miała odwagę powiedzieć „nie”. Będę pielęgnować wspomnienie swojego bólu. Będę patrzyła temu mężczyźnie prosto w oczy pewna swojej nienawiści. Nie pójdę drogą wytyczoną kobiecie: drogą żony, matki, teściowej. Nie stanę się mofiną, czarownicą, która ma tylko jeden cel: zniszczyć nadzieję innych. Z mojego brzucha nie narodzi się żadne dziecko, które nie weszłoby do niego z miłości.

            Z każdą garścią ryżu iskry wzbijały się jak ogniste gwiazdy. Gdy kończyłam wypowiadać swoje wściekłe zaklęcie, bardzo zdenerwowany pandit chciał jak najszybciej  zakończyć obrzęd, lecz dłonie jego i pana młodego drżały tak bardzo, że ghee i ryż, które mieli wrzucić do ognia, z krótkim skwierczeniem spadły na ziemię.

            W chwili, gdy związano nas razem, żebyśmy przeszli dookoła ogniska, ogarnęła nas noc. W naszym związku nie było nic świętego, bo on go splugawił. Stawiałam jedną nogę przed drugą, ale to było tak, jakby pode mną nie było niczego. Gesty, a potem kolejne gesty. Nałożył mi na czole czerwony znak tikka. Wymieniliśmy się girlandami z kwiatów. Moja była pełna kolców i moja szyja zaczęła krwawić.

            Należałam do niego. Obrzucono nas falami kwiatowych płatków. Szybowały nade mną, potem opadły mi na głowę i ramiona. Na ziemię. Małe kawałki ciała, które spadały mi do stóp, a ja je powoli i z rozmysłem podeptałam. Prawdziwe kwiaty były na zewnątrz, wolne, na krzewach bugenwilli, słońce ciążyło na ich ramionach i stroiło je w złoto, a powietrze dostarczało im wilgoci. W tym serdecznym cieple zasypiały ptaki. Wewnątrz było gorąco; wzdłuż mojej szyi spływał pot. Ubranie pana młodego czuć było zwiędłością.

            Powiedziano mi, żebym włożyła swoją dłoń w jego. W chwili tego wilgotnego kontaktu poczułam, że na mnie patrzy. Podniosłam ku niemu oczy. Uśmiechnął się nieznacznie, coś jakby ślina zwilżała mu oczy. Mo ti dir twa mo pu atann twa vinn gran [Powiedziałem ci, że zaczekam aż staniesz się dorosła – przyp. tłumacza], powiedział. Myślał oczywiście, że ślub unieważnił (wymazał) wszystko, co mi zrobił, że dał mu prawo do decydowania o dziecku, którym byłam, i o kobiecie, którą się stałam.

            Potem, gdy zasiedliśmy do posiłku w domu moich rodziców zmęczonych całym tym rozgardiaszem i hałasem, powiedziałam mu, że może zatrułam jego jedzenie ot tak, po prostu z przyjemności patrzenia jak cierpi. Nie tknął go więcej. Wszyscy to zauważyli. Moja matka pomyślała, że nie smakuje mu to, co kazała przyrządzić. Podano mu inne dania, ale miał ściśnięte gardło, jego ubranie śmierdziało. Opanował go strach, który już go nie opuści.

            Pierwszy wieczór w Terre Rouge. Po raz pierwszy zobaczyłam Mitsy. Leje jak z cebra. Wszystko jest tak czerwone, że mam wrażenie, jakbym ciągle patrzyła na świat przez mój welon. W powietrzu ciąży woń miedzi. Ze zmoczonymi nogami patrzę na weselny dom z lukru. Dumę urzędnika rządowego, jakim jest mój kuzyn. To on kazał go zbudować z bloczków betonu zaprawionych jeden na drugim w piękny kwadrat. Poza tym jest piętro, a powyżej piętra kilka krenelaży, żeby nadać mu wygląd zamku. Krenelaże są białe, podobnie jak obwódka dachu. Reszta jest cukierkoworóżowa. W tej chwili na ścianach migoczą girlandy różnokolorowych żarówek. Kuzyn napina swój miękki tors. Jest posiadaczem tego cudu. W tym momencie przychodzi mi do głowy obraz gato lamary [Tort weselny – przyp. tłumacza] i już mnie nie opuszcza. Od pierwszego spojrzenia znienawidziłam ten dom. Jest tak brzydki, że aż dech zapiera. Wiem, że będzie moim grobem.

            Później. Jestem w swoim pokoju. Spostrzegam kraty w oknach. Zastanawiam się, czy są dla mnie. Jestem więźniem. Wchodzi, na wpół podniecony i na wpół niepewny.

            Zanim się odezwie, staję naprzeciw niego. Palcem ścieram z czoła czerwony znak. Zrywam kwietną girlandę, którą ciągle miałam na szyi. Rzucam ją na podłogę i depczę po niej. Zrywam moje klejnoty i rozrzucam je po całym pokoju. Jest osłupiały, zdezorientowany. Nie wie, czy to rodzaj zalotów, czy jakaś nowa gra, której reguły znam tylko ja. Zaczynam rozwijać sari. Odwinięte części gniotę. Miażdżę między dłońmi broszowany jedwab. Z mojego drogiego stroju robię stosik szmat, który rzucam w róg pokoju. Między nim a mną nie zostało już wiele, teraz pozostało mi do zrobienia najtrudniejsze, ale nie wiem, jaka będzie jego reakcja. Muszę zdusić swój strach i dojść do samego końca.

Spójrz na to ciało, którego nigdy nie dotkniesz.

            Spójrz na to, co odtąd jest dla ciebie zakazane.

           Spójrz na te cieniste, gęsto porośnięte zakamarki.

            Spójrz na te miejsca, których nigdy nie zwiedzisz.

            Spójrz na te kształty, które całkiem się zmieniły od odległego dnia, gdy je zmasakrowałeś.

            Spójrz na to, o czym będziesz marzył przez pozostałe dni życia, a co nie będzie twoje.

            Spójrz na ten brzuch, który nie będzie nosił twojego dziecka.

Patrz, patrz. Obracam się wolno przed nim, wykonuję rodzaj lubieżnego i zarazem nienawistnego tańca, zarazem podniecam go i mrożę. Nie wie, jak zareagować, nigdy nie doznał podobnej klęski. Wydawało mu się, że zna kobiety, że wszystkie są uległe regułom mężczyzn, że wszystkie są wstydliwe i gotowe na to, by wziąć je siłą. Nie wiedział o moim istnieniu.

            Nie wiedział, że jestem. Uśmiecham się na widok jego klęski, potem wybucham śmiechem i wiem, że ten donośny śmiech rozbrzmiewa w całym domu i że ludzie go słyszą, i że na moment zamarli, zastygli, głęboko zażenowani. Panna młoda nie śmieje się tak w czasie nocy poślubnej, bezwstydnie i nieskromnie. Co sobie pomyśli mąż, co pomyślą inni mężczyźni obecni w domu? Już teraz moja groźba zawisła nad całym domem. I on także, pomimo swojego rozczarowania, myśli: „Co powie moja matka?”. To jedyne kryterium łączące ich wszystkich: „Co pomyślą inni?”.

            Zatem śmieję się dalej, widzę, jak w jego oczach rodzi się pewność, że jestem szalona, i możliwości wyjścia z tej sytuacji: zamknąć mnie w domu albo w szpitalu dla psychicznie chorych, odesłać mnie do rodziców, ale jego oczy ślizgają się po stojącym przed nim ciele tak całkowicie nagim i myśli sobie, że to może owładnął mną przejściowy atak wściekłości, że w końcu się do niego przyzwyczaję i będę miała na niego ochotę. Przekonuje go do tego jego znajomość kobiet. W końcu zapragnę dziecka, to normalne, wychodzi się za mąż tylko dlatego. I wszystko wróci do normy.

            Wzdycha. Bon, ase riye. Przestań się śmiać. Kładzie się do łóżka w swoim pomiętym ubraniu i udaje, że śpi. Kucam w kącie pokoju, patrzę przez okno na mijającą noc.

I nie śpię.

I teraz, przez cały ten czas, który nadszedł potem, przez godziny, dni, noce życia w wilgoci i obojętności, ciągle nie śpię, ale coś wzbogaca moje sny na jawie: wrażenie przepełnienia, przelewania się nadmiaru, czegoś tak pięknego, że chciałoby się wyć, gdy tymczasem noc nurkuje między drzewami.

            Ten ślub, który sprawił, że przybyłam do Terre Rouge, koniec końców przywiódł mnie także do ciebie. Te narodziny są zarazem subtelne i gwałtowne. Nie mogło być inaczej. Postawiłam stopę poza linią, nieprzekraczalną, jak mi mówiono, barierą zamkniętej przestrzeni codzienności i istot bez spojrzenia. Był to krok przekraczający wszelkie granice i bezpowrotny.

            Przetoczyłam się na stronę błękitnego i jasnego miejsca, twojej niezmierności. Już nie spojrzę za siebie.

            Ta rzecz, która rozprzestrzenia mnie pod skórą, która ją rozciąga i nią oddycha, i wślizguje się tam od wewnątrz, to ty, Zil.

 

——————————————————————

Le Voile de Draupadi (Zasłona Draupadi)

Le Voile de Draupadi jest drugą powieścią maurytyjskiej pisarki wydaną w 1993 roku.

Anjali, główna bohaterka, jest jednocześnie narratorką powieści. Kobieta jest Indo-Maurytyjką należącą do wyższej kasty. Wiedzie dostatnie i spokojne życie u boku Deva, ambitnego, młodego prawnika. Zawarli małżeństwo z miłości i początkowo wydaje się, że stanowią nowoczesną i szczęśliwą parę. Ta pozorna idylla trwa aż do momentu narodzin ich pierwszego dziecka, syna Wynna, który jest chory. Dzięki transfuzji krwi życie dziecka udaje się uratować. Dev podświadomie oskarża Anjali o przekazanie schorzenia synowi, gdyż choroba Wynna jest wynikiem konfliktu serologicznego. Pojawienie się dziecka na świecie stanowi decydujący moment w życiu Anjali, nadaje jej życiu nowy sens.

Kilka lat później chłopczyk zapada na zapalenie opon mózgowych i stan jego zdrowia dramatycznie się pogorsza. Problemy zdrowotne chłopca wywołuje diametralnie inne postawy u małżonków. Dramat pogłębia kryzys między bohaterką a jej mężem. Kobieta w pełni uświadamia sobie porażkę jej związku.

Anjali często wraca wspomnieniami do postaci swojej kuzynki Vasanti, która stanowiła w pewnym sensie jej alter ego, była bowiem wyzwoloną, wyemancypowaną kobietą. Natomiast główna bohaterka powieści do momentu choroby syna przyjmowała zazwyczaj pasywną postawę i pozostawała w cieniu męża. Tragiczna śmierć Vasanti oskarżonej o czary i spalonej żywcem przez mieszkańców wioski stało się dla Anjali traumatycznym przeżyciem.

Dev pod wpływem swojej konserwatywnej rodziny zachęca żonę do uczestnictwa w religijnym obrzędzie w intencji uzdrowienia ich syna. Chodzi o tzw. próbę ognia polegającą na przejściu po rozżarzonych węglach. Anjali, która w momencie śmierci Vasanti straciła wiarę, początkowo nie wyraża zgody na propozycję męża. W końcu ulega prośbom Deva oraz jego rodziny i decyduje się wziąć udział w rytuale. Po wielu długich przygotowaniach Anjali uczestniczy w ceremonii. W kluczowym momencie przechodzenia przez żar kobieta ma wrażenie, że widzi boginię Draupadi otaczającą ją opiekuńczo swoim welonem.

Niestety mimo poświęcenia Anjali mały Wynn umiera. Główna bohaterka decyduje się opuścić męża i zacząć nowe życie na swoich własnych zasadach.

 

Le voile de Draupadi
(s. 166, 167 i 168 oryginału)

Przyspieszam kroku, ale Dev powstrzymuje mnie, mówi mi: „Wsłuchaj się w modlitwy”. Słucham śpiewów, którym towarzyszy głuchy rytm bębnów i „manjiras”. Zapominam o parzącym asfalcie. Droga jest daleka, wypunktowana nieoczekiwanymi postojami. Mam wrażenie, że uczestniczę w długiej drodze krzyżowej, że będę tak szła przez całe życie i że w porównaniu z tym prawdziwe chodzenie po ogniu będzie łatwe.

            W skwarze, który wznosi się z ziemi Port-Louis i spada z nieba nad Port-Louis, jakby mistyczna iluminacja była już w nas, dojdziemy wkrótce do miejsca, gdzie będzie się odbywać ceremonia. Kapłan błogosławi nas jedno za drugim, rozmazuje nam na czołach smugę „sandanum” i w miarę, jak przechodzi przed nami, śpiewając modlitwy, ta sama frenezja opanowuje nas wszystkich. Zaczęłam drżeć, dygotać, pocić się… Kobieta koło mnie, kobieta chora na raka upadła, jej matka musiała ją podnieść i podtrzymywać. Inna kobieta trzyma w ramionach dziecko, które wrzeszczy jakby owładnięte konwulsjami. Mężczyźni tańczą nie posuwając się do przodu. Powoli tłum skupia się w jednym miejscu. Wydaje się, że muzyka bębnów wydobywa się spod ziemi.

            Prostokąt żaru jest już podpalony i czerwieni się żarłocznie. Kieruje się bezpośrednio do przepełnionych życzliwością bóstw. Krewni tych, którzy mają chodzić po ogniu, stoją po obydwóch stronach. Nad rozżarzonymi węglami unoszą się przezroczyste wibracje gorąca, które sprawiają, że faluje powietrze. Tłum zbił się teraz w jednym miejscu. Śpiewy stały się bardziej energiczne, zgęstniały zapachy kadzidła, kamfory i drzewa sandałowego.

            Trzeba czekać, ciągle czekać, aż ogień osiągnie stan paroksyzmu. Jest już w nas, poza nami, otacza nas aureolą wielokolorowych płatków. Jeśli to się okaże konieczne, będziemy na niego czekać aż po kres dnia, do kresu życia. Wreszcie pierwszy chodzący po ogniu ruszył, bardzo szybko, wyrzucając z siebie w czasie przejścia przez rozżarzone węgle dziwnie modulowany ostry, nieludzki krzyk wyzwolenia. W tłumie rozlewa się drżenie podobne do przypływu. Skwar jest prawie nie do wytrzymania, chwyta nas za twarz, za gardło.

            Potem kobieta niosąca dziecko, lekko unosząc nogi, z niewidzącym spojrzeniem. Jest zabarwiona na czerwono, z płaczem dziecka miesza skargę, melodię.

            Inwalida, który chodzi na jednej nodze, rzucił się w żar jednym skokiem. Jego przejście jest wypunktowane zgrzytami, suchymi trzaskami rozżarzonych węgli, które zapadają się pod ciężarem jego nogi i metalowych kul. Żar sięga mu aż do połowy łydki, narastająca ekstaza sprawia, że widać mu tylko białka oczu.

            I przechodzą wszyscy, jeden za drugim, niektórzy bardzo szybko, inni bardzo wolno. Jakiś przerażony młodzieniec upadł na ziemię, odmawiając przejścia przez ogień, nie słuchając napomnień swojej rodziny, dla której ta odmowa jest dyshonorem. Wielkie łzy spływają mu po policzkach. W chwili, gdy wszyscy wydawali się podekscytowani do granic możliwości, zbliżył się kapłan i pomimo iż chudy, podniósł w swych ramionach nagle uspokojonego chłopaka.

            Z tym samym wewnętrznym uśmiechem, który rozpromienia go całego, przeszedł, niosąc go na ramionach, w jego imieniu wypełniając święte ślubowanie.

            Wkrótce przyjdzie moja kolej, więc intensywnie wpatruję się w ognistą ścieżkę, moją ostatnią drogę w zagłębieniu życia. Patrzę na nią, żeby lepiej ją ujarzmić, nie poparzę się, jestem gotowa.

            Fale gorąca stają się powoli coraz gęstsze, bardziej zawiesiste, jakby zlewały się z sobą, łączyły w jedno, żeby nad polem żaru stworzyć jednolitą zasłonę.

            Zasłonę…

            I nagle ujrzałam ją, snującą się ponad prostokątem, tworzącą ruchome, wąskie przejście, mistyczną tkaninę niepodlegającej dyskusji wiary, półprzezroczystą zasłonę przesłaniającą rozżarzone węgle, po której za chwilę przejdę, zasłonę wierności, zasłonę czystości, zasłonę kobiecości.

            Zasłonę Draupadi.

            Wyprostowana jak struna poszłam w jej stronę. Jest miła w dotyku, zdaje się spowijać mnie cudownym ciepłem. Moje miękkie, wysklepione stopy nie zostaną poparzone. Z przewietrzoną, wywatowaną głową, kroczę ku przeciwległemu brzegowi. Brzucha nie ściska mi już żaden lęk.

            Myślę nawet, że gdzieś blisko siebie poczułam uśmiech Vasanti, uśmiech przebaczenia. A Sanjiva powiedział: „Czy twoja droga będzie drogą powietrza, wody czy ognia, musisz nią podążyć”.

            Patrząc przed siebie, podążyłam nią.

—————————————————————————–

L’Arbre fouet (Drzewo-pręgierz)

 L’Arbre fouet jest trzecią powieścią Anandy Devi wydaną w 1997 przez wydawnictwo L’Harmattan. Książka została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników.

Aeena, główna bohaterka jest czterdziestoletnią Indo-Maurytyjką, której życie zostało ciężko naznaczone przez fanatycznego ojca należącego do braminów, najwyższej kasty w hinduizmie. W swojej społeczności pełnił funkcję swamiego, czyli duchowego przywódcy, szanowanego za wiedzę i niezłomną wierność zasadom religii. Ojciec bohaterki utrzymywał, że jego córka w momencie narodzin została naznaczona złą karmą. Uważał, że w poprzednim wcieleniu popełniła grzech ojcobójstwa. Obciążył ją również odpowiedzialnością za śmierć licznego rodzeństwa, która nastąpiła przed jej narodzinami. Postanowił, że Aeena będzie wiodła ascetyczne życie pełne upokorzeń i wyrzeczeń w celu odkupienia win. Dziewczyna z byle powodu była skazywana na post, musiała odmawiać długie modlitwy, spać w oborze. Bohaterka dzielnie znosiła wszystkie niedogodności i niesprawiedliwe traktowanie aż do momentu śmierci matki. Niedługo po tym smutnym wydarzeniu piętnastolatka wraz z ojcem brała udział w święcie religijnym, które odbywało się na plaży. Nikt z tłumu uczestniczącego w radosnej ceremonii, poza Aeeną, nie zauważył, że jej ojciec zanurzony w wodzie, pogrążony w modlitwie został porwany przez wielką falę. Dziewczyna przyglądała się temu ze spokojem i postanowiła nie reagować, czego konsekwencją było utonięcie mężczyzny.

Po tej kolejnej tragedii Aeena przebywała w szpitalu, gdzie spotkała Francuza, Jérôme’a, który po przejściu na hinduizm przybył na Mauritius w celu stworzenia aśramu. Kobieta zakochała się w młodym Europejczyku, zamieszkała z nim i jego uczniami w miejscu odosobnienia. Mężczyzna również wydawał się zainteresowany Aeeną. Po wspólnie spędzonej nocy bohaterka zdecydowała się opowiedzieć mu o swoim smutnym dzieciństwie i zdradzić sekret dotyczący okoliczności śmierci ojca. Nie przewidziała jednak, że jej wyznanie wywoła u Jérôme’a gwałtowną, negatywną reakcję i że usłyszy z jego ust oskarżenia podobne do wypowiadanych dawno temu przez ojca. Co więcej, mężczyzna posunął się do zrzucenia na nią winy za odwrócenie jego uwagi od ascetycznego, pełnego medytacji życia, które chciał wieść. Kobieta powtórnie przeżywa załamanie nerwowe, przestaje mówić, zostaje umieszczona w szpitalu psychiatrycznym, którego pacjenci nadają jej przydomek Gungi (Niemowa).

Po odzyskaniu wewnętrznej równowagi Aeena zdecydowała się zamieszkać w odziedziczonym domu w Souffleur, gdzie prowadzi spokojne życie otoczona przez przyjaciół: Dominique, jej ojca i Suresha. Mimo pozornego ładu i spokoju kobieta wyczuwa tajemnicę unosząca się nad domem, a szczególnie nad stawem porośniętym nenufarami. Pewnego dnia na strychu odnajduje stare zdjęcie przedstawiające poprzednich właścicieli domu. Odkrywa w ten sposób postać młodej, pięknej i pełnej energii Déviki, która stanowiła jej inkarnację w poprzednim życiu. Zbuntowana Dévika nie zgodziła się na małżeństwo zaaranżowane przez rodziców. Aby zemścić się i upokorzyć ojca, dziewczyna postanowiła zainicjować relację miłosną z mężczyzną z kasty nietykalnych. Zostaje przyłapana na gorącym uczynku przez rodziców, narzeczonego i przyszłych teściów. Jej ojciec, chcąc ratować honor rodziny, postanowił wychłostać ją publicznie. Dévika zostaje przywiązana do wielkiego drzewa-pręgierza, do którego w epoce niewolnictwa przywiązywano zbiegłych niewolników (marrons). Po wymierzeniu kary ojciec Déviki zamierzał utopić w stawie zmaltretowaną, ale wciąż jeszcze żywą córkę. Jego plan jednak nie powiódł się i w rezultacie to on poniósł śmierć wypchnięty z łódki przez córkę, która zdołała uciec z miejsca zbrodni.

By znaleźć dowód na ojcobójstwo Déviki, Aeena nakazuje robotnikom przeszukać staw, co kończy się znalezieniem ludzkich kości. Bohaterka postanawia wyzwolić się raz na zawsze od swojej karmy, czego dokonuje przez symboliczny akt wycięcia drzewa-pręgierza.

 

L’arbre fouet (Drzewo pręgierz)
(s. 23-230 oryginału)

Rozdział III

            Otwarłam oczy na świat, w którym starto wszystkie kolory i utopiono wypukłości, świat blady i lodowaty, jak sprzed życia. Miałam pewność, że byłam tylko dalekim śladem, skazanym na wyrzeczenie się siebie. Od zapomnienia oddzielała mnie tylko niewyraźnie naszkicowana linia. Wystarczył jeden trochę bolesny gest, żeby ją przekroczyć. Zdrętwiała, oszołomiona taką pewnością, otwarłam sobie żyły.

            Najpierw nastał błogi spoczynek. Opuściły mnie nieznane, niepodejrzewane napięcia, rozprężające się mięśnie zwiotczały. Wrażenia przestały się w mojej głowie objawiać słowami i myślami. Zgasiłam umysł jak wyłącza się światło. Gdy zamknęły się moje oczy, ujrzałam słodkawą i zarazem błyszczącą światłość. Kark pogrążył się w wypoczynku po pełnym surowości życiu. Moje ramiona zagłębiły się w ziemi. Plecy zmieszały się z korzeniami.

            Potem, u kresu wypoczynku, zaczęła się inna praca, tym razem niezależna od mojej woli. Moje ciało rozkładało się wprawdzie, ale owładnęło mną jakieś inne życie czy może mnóstwo innych żyć, tych, które miały znaleźć we mnie nowe narodziny. Głowa stała się napowietrzoną bańką, w moich otwartych dłoniach trzepotały czerwone mrówki. W dalszym ciągu pozostawałam nieruchoma.

            Poczułam się bez wieku, byłam tą ziemią pełną innych istnień i, chociaż byłam martwa, bezustannie trwał we mnie proces powstawania, który był moim własnym trwaniem. Byłam linearna, zagłębiając się stopniowo w głęboki i poważny rytm. Nie potrzebowałam pośrednictwa ciała, żeby stopić się z otaczającymi mnie rzeczami; przeciwnie, ciało nie stanowiło już przeszkody na drodze rozkładu, dla reszty byłam wszystkim, czułam wszystko.

            Nade mną był błękit. Dużo błękitu, który dostrzegałam przez zamknięte powieki, ale nie było to niebo. Był to błękit nagi i pozbawiony uzasadnienia, nieposiadający nazwy ani reliefu, granic, głębi czy ciężaru. To był po prostu kolor, to był Błękit.

            Błękit mnie spowił, był całunem na moim ciele unieruchomionym, trwającym w zawieszeniu, w stanie spoczynku. Błękit, który mnie zmrocznia nawet na tym złocistym brzegu, na którym jestem wyciągnięta, pełnymi płucami wdychając tchnienie świateł. Ma mnie zawieść daleko ode mnie, daleko od tych samotnych utonięć, w zieleń, w ciszę, w ciężar wspomnień. Jaka jest większa radość niż umrzeć w Błękicie? Czy jest większe wyzwolenie?…

            Jednak nie umarłam. Zasnęłam. Budząc się, po nie wiem ilu godzinach i dniach, przesiąknięta byłam zapachem ziemi i przeświadczona, że wszystkie widziane przeze mnie stworzenia przekazały mi w spadku swoje życie: moje nadgarstki same się zabliźniły, o moim samobójstwie zaświadczała tylko kałuża brązowej krwi. Z lekką głową wstałam, myśląc: „Jeszcze nie czas”.

            Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na wspomnienie o Jérômie. Nie dlatego, że było to dla mnie trudne – przeciwnie, przybywając tutaj, musiałam starać się, żeby zatrzeć jego obecność, abstrahować od niej, by nie powrócił zdradziecko szorstki i fizyczny ból, który owładnął mną na tak długo po jego odejściu. Jednak po moim doświadczeniu, mojej „grze w śmierć”, łatwiejsze wydawało mi się myślenie o tych sprawach, powolne rekonstruowanie osobliwego biegu wydarzeń, które doprowadziły mnie aż tutaj, do le Souffleur, kresu wyspy wyglądającego jak kropka kończąca tekst. Ta droga nie rozpoczęła się, rzecz jasna, od Jérôme’a, ale przybrała ten kierunek, kiedy po raz pierwszy młoda, wychudła, przytłoczona wątpliwościami i chorobami, przekroczyłam bramę jego aśramu, schroniska założonego przez mojego blondwłosego guru.

            Gdy go usłyszałam po raz pierwszy, mówił o zlewaniu się wszystkich rzeczy. Nasza niejednorodna i niepewna siebie grupa zgromadziła się tam, a on chodził między nami z uśmiechem – tym uśmiechem – i nauczał nas, żeby zapomnieć, gdzie jesteśmy i kim jesteśmy, wznieść się ponad tę nagą salę i milczący aśram, i ogród, i wyspę, i wszechświat, przekroczyć wszystkie fizyczne bariery, które nas ograniczają, żeby nauczyć się widzieć.

            Ktoś z zamkniętymi oczami, niespokojny, wyszeptał: „Ale ja niczego nie widzę”.

            Zatrzymał się, pochylił nad tym młodym człowiekiem owładniętym lękiem. Sądzę, że położył dłoń na jego ramieniu.

            – Jesteś zbyt świadomy siebie – powiedział. – Zapomnij o sobie.

            Ciągle słyszę ten głos. Ton pełen słodyczy, spokojny, wyważony, rozlewający się oliwą na moje strachy, na mnie, która wychodziłam z wieku młodzieńczego poparzona i starałam się zapomnieć o siniakach i ranach. Widzę go jeszcze jako światło prześlizgujące się pomiędzy cieniami aśramu otoczonego olbrzymimi, stuletnimi mangowcami. Widzę go jako drzwi otwierające się przede mną w najmroczniejszym okresie mojego życia. A przecież nie były to zwidy. Wokół niego była rzeczywistość.

            Gazety opisywały go jako Jezusa z Bénarès [miejscowość na Mauritiusie – przyp. tłumacza], blond guru, chłopaka Kriszny, awatara wieku. Karykatura przedstawiała go jako ascetę ze splątanymi włosami opadającymi na ramiona, z przesadnie długimi paznokciami, ubranego jedynie w przepaskę biodrową. Podpis po rysunkiem głosił: „Odeślijmy go z powrotem w Himalaje!”.

            Dla mnie był więcej niż człowiekiem. Myślę, że wielbiłam go, jak się wielbi bogów, pomimo iż byłam przekonana, że na zawsze zostawiłam za sobą najmniejszy nawet ślad ślepej wiary.

            Latami podróżował po świecie w poszukiwaniu odpowiedzi w różnych religiach, takich jak te dziecinne wierzenia obiecujące uleczenie duszy i karę przez ogień oraz inne ułudy obiecujące odległe zbawienie. Chciał się dowiedzieć, kim jest i dlaczego. Nad brzegiem Gangesu znalazł odpowiedzi, a w każdym razie w to uwierzył. Podbudowany swoimi odkryciami zaczął nauczać, zakładać aśramy, wszędzie przyciągać czarne owce i wyrzutków społecznych. Nie zdając sobie sprawy z tego, że takimi prawdami nie da się dzielić.

            Wszystkie te aśramy porzucano lub podpalano, a ich mieszkańców prześladowano i przepędzano. Jakby ciągnął za sobą starożytne przekleństwo, które miało działać do chwili, gdy go ostatecznie zniszczy. Pod koniec tego okresu musiał zrozumieć, że nie jest w stanie ich chronić. Nie miał żadnej mocy. Kiedy go poznałam, twarz miał zniszczoną, jego oczy tylko z rzadka się uśmiechały, a przecież uczepiony był jeszcze wiary, która być może miała sens tylko dla niego i dla kilkorga takich jak ja, których los wyrzucił na jego brzeg jak szczątki rozbitego statku.

            Byliśmy prawdopodobnie jego bojami ratunkowymi. On, który tyle szukał, nie mógł uwierzyć w nic z wyjątkiem tych zmęczonych istot, którym powoli przywracał nadzieję. Otworzył bramę aśramu i wzywał nas wszystkich do siebie, jak wielki powiew wiatru.

            Jak go opisać takim, jakim widziałam go w tamtym czasie, z moją zachłannością młodości i takim, jakim widzę go dzisiaj, z całym ładunkiem mojego smutku? Nie, obydwa te obrazy są zbyt paradoksalne. O mało nie został bogiem.

            Przybył na wyspę jakby naładowany ostatkiem nadziei, pchany tym pragnieniem absolutu, który nigdy nie zostanie zaspokojony, gdyż tak szybko następowała po nim gorycz. Za wszelką cenę chciał wypełnić swoją misję, przekroczyć swój stan człowieka, ale Jérôme-człowiek był tym, czym zawsze będziemy, a to i tak niezłe osiągnięcie – tyle, że on nie był ani stąd, ani stamtąd, nie był ani kapłanem, ani guru, ani czarnym, ani białym. W tym kraju zakorzenionych różnic nie można było liczyć na gorące przyjęcie.

            Zaczęło się od manifestacji wymierzonych w niego i w aśram, który chciał założyć. W prasie, radiu, na publicznych zgromadzeniach nienawiść smagała go bez litości. W upale Port Louis, który topił asfalt pod jego stopami i wywoływał w ludziach dziwne otępienie, chodził od drzwi do drzwi na swoich kauczukowych sandałach i kwestował dla aśramu, ale w zamian otrzymywał tylko niezdrową ciekawość. Kilka osób zaczęło za nim chodzić – niektóre, aby go wykpiwać, inne ze współczucia czy gotowe uwierzyć w proroków. Stanowili wszakże ubożuchny orszak niemający nic wspólnego z ogromnymi tłumami, które zamieszkiwały jego marzenia…

            Było to w roku 1967, wyspa walczyła wtedy z zupełnie innymi widmami. Niewiele zajmowano się tymi, które znano tak słabo, z drugiej strony bariery, z drugiej strony wszechświata. Ci, którzy nie chcieli walczyć, chowali się w obojętności, inni obrzucali się barbarzyńskimi słowami, brzydkim i obraźliwym językiem nienawiści rasowej. Nieliczne orszaki podążające za Jérôme’em stały się symbolem, który należało zniszczyć. Jérôme’owi grożono deportacją.

            Potem, któregoś dnia, Govindę, młodego, osiemnastoletniego mężczyznę, zabito w bójce, rzucając w niego kamieniami. Jérôme opowiedział mi o jego śmierci z twarzą zmroczniałą od wyrzutów sumienia. Zawiódł swoich „uczniów” (słowo na wyrost, mruczał, naśmiewając się sam z siebie) do Port Louis, gdzie przechodzili koło meczetu w czasie modłów. Być może dla fanfaronady Govinda zaczął śpiewać hinduistyczne pieśni. Wtedy z meczetu wyszli mężczyźni…

            Po śmierci młodego wyznawcy Jérôme wycofał się do małej wsi na południu. Chciał schronić się w milczeniu, lecz z czasem zaczęli do niego przychodzić ludzie. Spokojnie, bez fajerwerków chatę z blachy falistej, którą zamieszkiwał, powiększono; niezręczne ręce dobudowały do niej inne pomieszczenia. Wieśniacy polubili go, bo wydał im się zabawny i nieszkodliwy. Jeden po drugim zaczęli przychodzić do aśramu, w połowie tylko rozumiejąc sens jego słów, gdyż oni, którzy byli z urodzenia i obyczaju hinduistami, przeżywali swoją wiarę bez zadawania pytań. Pomogli mu zbudować aśram. Z powodu tej dziwacznie przypadkiem ustanowionej jedności sprzymierzyli się przeciwko wszystkim falom buntu grożącym aśramowi zrównaniem z ziemią. Jérôme stał się dla mieszkańców znakiem rozpoznawczym, lampą sztormową, przynosząc wiosce pozór sławy. Stopniowo dołączyli do nich inni uczniowie z innych części wyspy, z sąsiednich wysp, z Europy. Mała wspólnota zorganizowała się wokół swojego wedyjskiego rytmu, wypracowała pewien obrządek, stała się godna szacunku w swych własnych oczach, bo nie w oczach innych, którzy widzieli w niej zawsze zbiorowisko hipisów i narkomanów.

W tym światku istniała jednak zawsze, w odniesieniu do innych i wbrew innym, niedostrzegalna różnica. Był to mikrokosmos z punktu widzenia realnego świata zawieszony w próżni, skupiający odmieńców żyjących w nim tak, jakby nie podlegali ogólnym prawom świata prawdziwego. Ci, którzy śpiewali barytonem wersety z Gîty na melodię kantyczki, zamykali oczy i kołysali się w oparach kadzidła jak pod działaniem przykrego narkotyku i wpatrywali się w Jérôme’a ogromnymi, zamglonymi oczami, jakby mieli przed sobą inkarnację Kriszny, którego imię deklamowali w każdej tonacji. Był wreszcie sam Jérôme, wyglądający czasem na tak znużonego, że zastanawiałam się, czy wierzy jeszcze w nich i w samego siebie, czy jego prawdziwą misją nie było jednak życie w ascezie i samotnej medytacji, a nie ten aśram, będący na poły noclegownią, a na poły centrum rehabilitacji dla wszelkiej maści ludzi z marginesu.

            Nie potrwa to długo. Aśram będzie miał krótki żywot. Uczniowie przepłyną jak chmury, nie zaczepiając się nigdzie, a nawet coraz bardziej się wykruszając, żeby ostatecznie zniknąć, gdy tylko znajdą miejsce, w którym będą się mogli zintegrować, rutynę, w którą mogliby się wtopić nieobarczeni brzemieniem poczucia winy, jakie starał się im wpoić Jérôme. Tylko echo dawnego gwaru pozostanie w tych ścianach, na których już wówczas łuszczyła się farba. Które stopniowo malował po raz drugi, maskując dziury swoją szpachelką z cementową zaprawą. Ta praca dostarczała mu więcej przyjemności niż nieudane usiłowania nawracania znajdujących się wokół niego ludzi.

            Tak, to było właśnie tak, to zawsze odbywało się w ten sposób, niektórzy byli przy nim tylko po to, żeby zobaczyć, jak Guru opuszcza swoje ciało albo unosi się w powietrzu, albo po to, by pomógł im się rozdwoić, ponieważ aura i podróż astralna były wówczas modnymi konceptami. Jednak tego właśnie Jèrôme nie chciał im dać, miał nadzieję przekonać ich bez odwoływania się do cudów, samą siłą swoich słów, a jego usta wyglądały, jakby ich błagał, kiedy do nich przemawiał, jego oczy usiłowały przejrzeć na wskroś ich dusze, oddzielić szczerość od fałszu, niewinność od sztuczności, ale ja wiedziałam, że nikt nie da mu tego, czego nadaremnie szukał, i nie wyniesie go do rangi proroka, człowieka prawa i dobra. Nikt nie widział w nim zbawiciela i odkupiciela zgubionych dusz. Nikt… z wyjątkiem mnie, skurczonej w głębi aśramu, skulonej pomiędzy cieniami i oczekującej z najwyższą cierpliwością na to, aby łaskawie zechciał mnie spostrzec…

            Potem, pewnego dnia, mówił o prawie karmy i gdy tylko usłyszałam to jedno słowo, które było źródłem przekleństwa związanego z moim pojawieniem się na świecie, zaczęłam drżeć.

„Podstawową ideą karmy i dharmy nie jest ów brak wyboru czy wolnej woli, nie jest ta celowość (czy też fatalizm) taki, jak go sobie wyobrażają ludzie Zachodu. To możliwość cofnięcia się po naszych krokach na drodze naszego stawania się, odzyskania tych owoców, którym pozwoliliśmy zgnić, zrealizowania tego, czego nie mogła dokonać jednostka, którą byliśmy. Jeszcze i wciąż, powrócić, nie jako duch czy widmo, ale człowiek, wyłącznie jako nieskończone twarze tego samego człowieka, aż w pełni wypełni swoje dzieło i swoją misję, by mógł wreszcie w pełni spełnić swoje przeznaczenie. Życie jest ograniczone, podobnie śmierć, lecz ich cykl splata się u kresu czasu, ponad człowiekiem, staje się wieczny. Każdy z naszych dzisiejszych czynów, każda minuta, którą przemierzamy w naszej teraźniejszości, gdy wyciągamy dłoń, gdy ktoś wymierza nam policzek, słuchamy czyichś słów, obmawiamy przyjaciela, otaczamy się drutami kolczastymi albo dajemy się pokroić za tego, którego kochamy, wszystko to przyniesie skutek w naszym życiu jutrzejszym, tym, które będzie nam dane u kresu naszej śmierci. Już teraz piszemy nasz przyszły los, a oznacza to, iż przeznaczenie nie jest czymś względem nas zewnętrznym, lecz przeciwnie – tkwi w samym środku naszego bytu, w nagromadzeniu naszych istnień przeszłych z ich bagażem dobra, zła, decyzji, odmów i akceptacji, w spisku naszych czynów przeszłych, których sobie nie przypominamy, ale za które ponosimy całkowitą odpowiedzialność. Nasza obecna dharma jest karmą naszego przyszłego życia lub naszych przyszłych żyć. Stanowi klucz do naszego przeznaczenia. Nigdy o tym nie zapominajcie, nawet gdyby wydało się to wam niesprawiedliwe, albowiem tak właśnie dzieją się rzeczy”.

            Słuchałam go zdziwiona. Nie takie nauki pobierałam. Ojciec przekonał mnie, że karma jest łańcuchem, że dharma jest prawem ekspiacyjnym, że byłe grzechy nigdy się nie zacierają, nigdy nie będą zapomniane. Słowo „karma” w ustach Jérôme’a nie sprawiało, że drżałam i oblewałam się potem, jakby za każdym razem odczytywano mi sentencję mojego wyroku. Każde słowo Jérôme’a zaszywało jakąś starą ranę. Każdy jego gest, każde spojrzenie pomagały mi się odbudować. Sądziłam, że w aśramie schroniłam się na stałe, że pobyt w nim pomoże mi odrodzić się w tym życiu, w którym byłam tylko śmiertelna, na nowo uwierzyć w jakieś wyrozumiałe bóstwo, jak również uwolni mnie od czasu i od przeszłości.

            Dopiero później zrozumiałam, że jest parzącym ogniem.

————————————————————————————

Indian tango

okładka książki pt. "Indian Tango" Anandy DeviOpublikowane w 2007 Indian tango jest dziewiątą powieścią maurytyjskiej pisarki. Utwór został doceniony zarówno przez czytelników, jak i krytyków, zdobył nagrody France Télévision i Femina. Ananda Devi uważa Indian tango za swoje najlepsze dzieło, stanowiące zwieńczenie jej kariery literackiej.

Subhadra Misra, główna bohaterka powieści, ma 52 lata, należy do klasy średniej. Od 30 lat jest zamężna, ma dwoje dzieci: syna i córkę. Mieszka w Delhi razem z mężem, synem i teściową. Nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem. Jej życie jest monotonne i przewidywalne.

Punktem zwrotnym w jej buncie staje się ponawiana przez teściową propozycja udania się na pielgrzymkę do Benares organizowaną dla kobiet w wieku menopauzalnym i stanowiącą moment symbolicznego pożegnania kobiecości. Subhadra postanawia sprzeciwić się teściowej. Zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, którego bilans w jej ocenie jest smutny. Kobieta zdaje sobie sprawę, że cała jej dotychczasowa egzystencja było nakierowana na innych. Sfrustrowana postanawia spełnić jakieś swoje marzenie. Pewnego dnia, spacerując po mieście, dostrzega na wystawie sklepu muzycznego sitar. Subhadra jest zachwycona jego pięknem, przypomina jej dzieciństwo, bo dawno temu pobierała lekcje gry na tym instrumencie. Pogrążona w swoich myślach nie zauważa obserwującej ją osoby. Jest nią pisarka przybyła do Indii z Mauritiusu w poszukiwaniu weny twórczej. Zafascynowana dojrzałą urodą Hinduski i zaintrygowana smutkiem widocznym na jej twarzy zaczyna ją śledzić, chodzi za nią jak cień. Subhadra i sitar stają się jej obsesją.

Pewnego dnia dochodzi do ich spotkania w sklepie z instrumentami muzycznymi. Subhadra zachęcona przez kobietę próbuje zagrać na sitarze, niestety z miernym skutkiem. Zawstydzona i upokorzona porażką główna bohaterka pozwala się pocieszyć i daje się uwieść pisarce. Akt miłosny, opisany w enigmatyczny sposób w prologu powieści, pozwala jej odkryć cielesność i zaakceptować samą siebie. Dzięki metamorfozie staje się bardziej otwarta, odważna i tolerancyjna. Udaje jej się zdobyć szacunek syna, nawiązuje z nim bliższą relację, popiera też jego związek z dziewczyną, która nie jest Hinduską.

Odmieniona Subhadra odnajduje swoją tożsamość, postanawia sama o sobie decydować. Kategoryczna odmowa udania się na pielgrzymkę stanowi symboliczny moment buntu podkreślający jej przemianę, która dokonała się przy współudziale innej kobiety.

 

Indian Tango
(strony 9-20 oryginału)

Kwiecień 2004

            Klęczenie ma miejsce od ich pierwszych kroków w domu.

            Żadnego wstępu. Zaledwie chwila wahania, falowania, przed następującym gestem i podporządkowaniem; odpływ zapadającego się jedwabiu.

            Uklęknięcie nie jest aktem bez znaczenia. Uwielbienie czy upokorzenie? Jak go zrozumiała?

            Mruga oczami, żeby uwolnić je od jakiejkolwiek myśli. Usiłuje uwolnić się od obrazów, które jak natrętne muchy obsiadają jej siatkówkę. Wpada na ścianę pamięci. Co się zdarzyło. W jaki sposób się zdarzyło. Ciąg dalszy: barwa; wrażenie; smak.

            Uspokaja się. Wślizguje się, nieruchoma, koło siebie samej. Ale nie może się już pozbyć tego wrażenia pospolitego niebezpieczeństwa.

            Od ich pierwszych kroków osuwa się na kolana.

            Nie bez znaczenia.

            Co zrobiła jeszcze? Nie przypomina sobie.

            To bez znaczenia. Te słowa nadają rytm reszcie jej dnia. Będzie w dalszym ciągu chodziła na puentach w niespokojnym tańcu będącym rodzajem uniku przed przytomnym ja, które nie odpuści.

            Tak więc po uklęknięciu, nie dusząc się, kroczy w spowijającej miasto chmurze, która rozprzestrzeniając się, nadaje rzeczom fałszywą słodycz i podobieństwo ciepłego bursztynu. Ledwie zauważa ową podobną do zmierzchu mgłę, oznakę smogu, który wbrew wszelkim rządowym dekretom nie przestaje zatruwać powietrza Delhi i jego mieszkańców. Jakaś jej część oddzieliła się od niej i odmawia powrotu do rzeczywistości, pomimo że jej oczy odnotowują z dystansu stan zaawansowanego porzucenia, w jakim znajduje się wszystko, co ją otacza. Autobusy i ciężarówki wypluwają z siebie spaliny, które zwierzęcą wilgocią oblepiają wszystko, czego dotkną. Skutery i motocykle wypełniają jezdnie i chodniki, samobójczo wpychając się w każdy wolny skrawek. Zygzakują przestrzeń swoją bezustannie zapowiadaną śmiercią, która nigdy nie nadchodzi, gdyż istnieje bóg motocyklistów, kierowców ciężarówek i taksówkarzy. Nieomal ociera się o całą rodzinę jadącą na skuterze, ojca, który prowadzi, dziesięcioletniego syna trzymającego przed ojcem koszyk z zakupami, siedzącą z tyłu matkę jedną ręką wczepioną w męża, a drugą przyciskającą do siebie niemowlę. Chłopak puszcza do niej oko, co wydaje się jej perwersyjne. Niemowlę wlepia w nią swoje ogromne, ciemno oprawione oczy. Nie przestaje się w nią gapić, aż zniknie. Jest zaskoczona emanującą z jego oczu zmęczoną mądrością, ale i nieznoszącą sprzeciwu pewnością siebie.

            W oku niemowlęcia dostrzega kogoś innego. Odwraca się od swojej groźby, od swojej pokusy.

            Owładnęła nią chęć, żeby dać się wyprzedzić, zanurzyć, poddać erozji spalin. Postanawia więc przywołać raczej rykszę niż taksówkę. Pragnąc milczącej i tłumnej kompanii anonimowych towarzyszy, poczuje pot rykszarza, wilgoć siedzenia przesyconego tysiącami woni, przesiąkniętego ludzkimi wydzielinami. Być może chce się upewnić, że ciągle jeszcze żyje i że nie zniknęła, jak jej się to wydaje, z własnego pola widzenia? Posążki świętych kiwają się w czterech rogach rykszy. Przyciągają światła i rozdają uśmiechy, które zastępują błogosławieństwa. Nie ośmiela się na nie patrzeć. W skajowym siedzeniu jej palec odnajduje przecięcie i machinalnie je rozciąga. Pod powłoką skaju wyczuwa gąbczastą i łamliwą substancję, która ustępuje pod paznokciem, a potem, jeszcze głębiej, intymną zgniliznę. Osobliwa eksploracja – palec się zagłębia.

            Rykszarz zaczął gadać, gdy tylko wsiadła, i przestaje dopiero, gdy dojeżdżają na miejsce. Mówi o morderstwach w swojej dzielnicy, o starciach pomiędzy kastami czy grupami religijnymi, o międzynarodowym terroryzmie, o monsunie, który ma przyjść wcześnie, o żniwach, które mają być opóźnione. Mówi też, rzecz jasna, o zbliżających się wyborach, które komentuje, odnosząc się po kolei do bynajmniej nie sympatycznych głów ozdabiających afisze mijane po drodze. Jednak przy jednej z tych głów, o spojrzeniu poważnym i bezpośrednim, zacina się: „Włoszka”, mówi, nie wiedząc za bardzo, czy ma ją czcić, jak szanuje jej nazwisko mężatki i prestiż, czy może jego powinnością jest gardzić nią jako kobietą i cudzoziemką. Niebawem może się okazać, że ta Włoszka, „Matka z Rzymu”, jak ironicznie nazywają ją nacjonaliści z partii BJP, weźmie w swoje ręce losy ich wszystkich. Będąc jak wielu Hindusów niezdecydowany, jak odnieść się do tej niewiadomej politycznego równania, nie rozwija swej opinii i afisz z kandydatką znika za nimi w obłoku sadzy.

            Przechodzi potem do muzułmanów, którymi przejmuje się bardziej niż wyborami i Włoszką. Jego głos szybko najeża się ostrzami noży, ale pasażerka ledwo go słyszy, nie widzi też, że oczy napływają mu krwią. Jest za bardzo zajęta notowaniem szczegółów, które – jak przecięcie w fotelu – pokrywają siatką pęknięć powierzchnię jej przyzwyczajeń. Pod nią odgadnąć można także dyskretną zgniliznę. Pasażerka nie zauważyła też, kiedy zaczął jej opowiadać ostatni film, który oglądał. Przejście dokonało się płynnie, ponieważ liczba trupów i przesada pozostały takie same. Śpiewa falsetem piosenkę, naśladując głos bohaterki, przytacza kwestie pozytywnej postaci i czarnego charakteru. Łakomie ogłasza, że w tym filmie jest a Real Kiss. Roztkliwia się nad pięknością aktorki, ale w słowach, jakie dobiera, jest coś, co przypomina pogardę. Ona widzi jego oczy w lusterku wstecznym i odwraca natychmiast swoje, oblepiona czernią jego spojrzenia. Pasażerka zastanawia się, czy z jej twarzy, wyglądu, ze zniekształconego cienia, który przykleja jej się do ramion, rykszarz mógł wyczytać coś, co ośmieliłoby go, żeby do niej mówić w ten sposób, tym zażyłym i nieprzyjemnym tonem.

            Sprawdza kok, który związała, wychodząc z domu. Poprawiając źle umiejscowioną szpilkę, wbija ją boleśnie w skórę głowy. Przypomina sobie, że jej włosy były w nieładzie, ale nie przypomina sobie, czy poprawiła fryzurę. Coś, tyrania przyzwyczajeń czy może instynkt potężniejszy niż wszystkie metamorfozy, musiało nieświadomie pokierować nią, żeby przybrała, zanim wyszła, swój zwyczajowy porządny i surowy wygląd. Każdy kosmyk włosów jest na swoim miejscu. Pasażerka wie, że na jej gładkiej twarzy nie widać żadnej kanciastości, gdy tymczasem w jej wnętrzu rośnie cały las kolców.

            Czy ryksza jechała dłużej niż zazwyczaj? Pasażerka ma wrażenie, że w czasie podróży zdążyła się postarzeć i że woń pojazdu przenika jej ubranie i skórę. Gdy docierają na miejsce, na znak szacunku rykszarz zwraca się do niej „ma-ji”, „matko”. Przelotna irytacja. Fakt, jest dosyć młody. Mniej więcej dwudziestopięciolatek. Istotnie mogłaby być jego matką. W głosie mężczyzny, który ją tak nazwał, odczytuje jednak szyderstwo, a nie szacunek. Zatrzymuje się i przygląda mu. Pot spływa jej po plecach, tak bardzo jego twarz wydaje jej się niemiła, a jego uśmiech w nieuzasadniony sposób poufały.

            Kiedy wchodzi do kamienicy, jej krok staje się ciężki. Po raz pierwszy ta oznaka szacunku – jeżeli nią była – nie zgadza się z tym, jak ona sama postrzega siebie.

            Z otwartych drzwi bucha jej w twarz gorący odór holu wejściowego. Wieczorem przychodzą tam bezdomni, żeby się przespać. Rano znikają, wznosząc tuman śmierdzącego powietrza, który opadnie dopiero po kilku godzinach. Po zapadnięciu nocy pojawią się z powrotem jak błotnisty ludzki przypływ. Nie wiadomo, czy to zawsze ci sami, czy za każdym razem inni: nie widzi się ich. Ani twarzy, ani tych nocnych cierpień, na które każdy zamyka drzwi do swojego mieszkania – nie z obojętności, z realizmu. Strażnicy, sami prawie jak cienie, wymuszają opłaty od tych nocnych lokatorów. Przeżycie oznacza tutaj brutalne metody, o których lepiej nie wiedzieć.

            Patrzy na pusty hol i na schody, które za kilka godzin wypełnią się kształtami starającymi się wygospodarować dla siebie skrawek przestrzeni, znaleźć w swym skrajnym ubóstwie pozór bezpieczeństwa. Na ścianie widnieje ślad dłoni, maleńkiej dłoni dziecka bardziej żywej niż te obecności, których dostrzega się jedynie fragmenty, których człowieczeństwo trudno uznać za pewnik. Zatrzymuje się. Wydaje się jej, że dostrzega niezgrabny kształt, pulchne i miękkie ciałko niemowlęcia, oczy wypełnione czarną tęczówką. Przez chwilę pozwala, by zawładnęła nią czułość, ale zaraz potem opanowuje się. Tak jak inni mieszkańcy kamienicy idzie w swojej bańce powietrza. Wchodzi w nią jak do komory śluzy powietrznej, która pozwala jej powrócić do statusu szanowanej kobiety.

            Winda działa. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że nogi jej drżą. Ma słabe kolana zagrożone artretyzmem. W prążkowanym lustrze windy dostrzega kobietę. Wypowiada na głos swoje imię i nazwisko: Subhadra Misra. Ale nie jest do końca przekonana, że na pewno chodzi o nią. Zdarzają się przemiany nieodwracalne. Podróże poza siebie, z których się nie powraca.

            Gdy już jest w mieszkaniu, daje sobie czas, żeby odnaleźć się w swojej roli. Oddychać cichutko, zetrzeć z twarzy najmniejszą zmarszczkę niepewności czy śmiechu. Stać się gładka jak cisza, która jest w niej od tak dawna. Kalendarz ilustrowany jaskrawo kolorowymi podobiznami panteonu bogów wisi na ścianie przy wejściu. Tak jak przed chwila w rykszy, te obrazy sprawiają, że zastyga. Wydaje jej się, że uśmiech Kriszny zabarwia się ironią, a Sziwy staje się czarniejszy ze złości. Tylko uśmiech Sarawasti pozostaje niewzruszony. Czyżby bogini poznania rozumiała ją lepiej niż inni? To tylko obrazki – uspokaja się. Czy w ogóle wiemy, jak wyglądają bogowie? Dzisiaj najlepiej odpowiadałby jej strach wzbudzany przez Kali: taniec na nagich czaszkach.

            Zajęta odnajdywaniem swoich śladów, którymi chce podążać, wchodzeniem z powrotem w cień siebie samej, który wyszedł stąd trochę wcześniej i który nigdy nie powrócił, bo to, co powróciło, jest zupełnie czymś innym (innym zwierzęciem, innym gatunkiem, który nie ma jeszcze nazwy), nie dostrzega swojej teściowej siedzącej w salonie. Myśli o prysznicu (umyć wszystko, wszystko wyszorować, ubranie, skórę, ciało, serce), śpieszy się, pchana do przodu swoją własną energią i obawą powolności, która otworzyłaby drzwi refleksji i żalowi. Szybkim krokiem przemierza główne pomieszczenie. Kątem oka dostrzega nieruchomy cień, który wymaga poświęcenia najwyższej uwagi sile swego milczenia, ale jej umysł nie rejestruje go. Jest już na drugim końcu salonu, kiedy zatrzymuje się i wraca po swoich krokach, rozbita, w rozmemłanym sari.

            – Mataji, przykro mi, nie zauważyłam cię… – szepcze, pochylając się, żeby dotknąć stóp teściowej.

            Kiedy jest tak pochylona, zgięta w doskonale sztucznym szacunku, jej sari ześlizguje się i odsłania pasek ciała. To krótka jak błysk chwila, która ją zdradza: pod fałdami tkaniny milczy dzika kraina. Nie wiadomo nic o jej niezwykłej gwałtowności ani o jej słodkich cienistościach. To uchybienie nieprędko zostanie jej przebaczone. Powraca refleks strachu, jaki będąc młodą mężatką, odczuwała wobec teściowej. Wspomnienie minionych okrucieństw zagraża obnażeniem jej doskonałej obłudy, ale opanowuje się na czas. Stara, siedząc specjalnie na najstarszym fotelu w salonie, którego złamana sprężyna musi się jej w tym momencie wbijać w pośladki, cofa stopy pod plisy swojej wdowiej szaty. Jej twarz odwraca się na chudej szyi, dokładnie tak, jakby zardzewiała zębatka zmusiła kręgi do obrócenia się wzdłuż ich osi. („Zardzewiała zębatka”, myśli kobieta, wykonując gest posłuszeństwa wobec teściowej, „oto nazwa, która by jej odpowiadała!”.).

            Jednym gestem stara zarzuca sobie sari na głowę, a jej usta ściągają się w ciup tak bardzo, że nikną w masie rozwścieczonych zmarszczek. Subhadra nie próbuje się więcej usprawiedliwiać. Podnosi oczy na tę zamkniętą twarz i odczuwa strach na myśl, że wpatruje się w zniekształcające lustro: już tylko za dwadzieścia lat do tego właśnie będzie podobna. Ileż niepotrzebnej brzydoty, ileż zapiekłych urazów zastygło na tej twarzy!

            Już za dwadzieścia lat wszelkie wspomnienie o dawnej harmonii obecnego ciała zostanie wymazane, złożone w pokoju wspominków, skazane na przemilczenie albo rozpamiętywanie.

            Subhadra doznaje pewnej satysfakcji, stwierdzając, że jej myśli są tak klarowne. A także bo dochodzi do wniosku, że mimo wszystko, ponieważ jest skazana na stanie się tym, choć raz może przecież na jedną chwilę pochwycić ostatnią garść zachcianek jak włosy życia, które trzeba siłą wyrwać.

            Zarzucone na głowę sari staruchy nie ukrywa faktu, że jej włosy są coraz bardziej rzadkie i że, pomimo swej długości, odsłaniają brunatną skórę głowy pokrytą czarnymi plamami. Nerwowo zaciska drżące dłonie. Z jej zwiędłego ciała emanuje nienawistna energia.

            Nie przestaje mruczeć pod nosem, postanowiwszy nie zauważać, że Subha ukorzyła się u jej stóp. Ta ostatnia odchodzi w kierunku prysznica, zapominając przynieść teściowej cokolwiek do picia i nie słuchając jęku męczenniczej wściekłości.

            Zamyka drzwi łazienki na zasuwkę. Podłoga jest wilgotna od rozbryzgów. Odpływ jak zawsze zapchany. Stoi w nim szara woda, osad bardzo starych urazów. Ubrania leżą na kupce w kącie, oczekując na pranie. Koszule, spodnie, bielizna, halki, sari. Długie, białe włosy są przyklejone do wilgotnego cementu: każdego dnia starucha gubi coraz więcej swoich obumarłych tkanek. Pacynka pianki do golenia leży na podłodze pod umywalką. Subha o mało się na niej nie poślizgnęła.

            Nie zwracając zbytniej uwagi na swój stan rozproszenia, rozbiera się. Wdrapuje się na taboret, na którym Jugdish siada, żeby obcinać sobie paznokcie u stóp, i usiłuje zobaczyć swoje odbicie w lustrze wiszącym nad umywalką.

            Widzi fragmentami ciało, którego nie rozpoznaje: pulchna pacha z fałdami, wypukłość piersi, która wystrzeliwuje do przodu, by zaraz potem opaść w dół, białawe ślady pozostawione przez biustonosz, miękkość ciała pod ramieniem, początek wełnistej czerni pod miękkim i okrągłym brzuchem. Staje na palcach stóp i zagłębia wzrok w swoim odbiciu, w nienazywanych obszarach, zazwyczaj zakrytych. Nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby tak siebie oglądać. Pozbawione wszelkiego okrycia, wyzbyte codziennego stroju, to ciało wydaje jej się przedmiotem bardzo osobliwym i niebezpiecznym. Jest zupełnie jak zwierzę, od którego drapieżnik oderwałby pancerz i którego mięso ukazałoby się odsłonięte, wystawione na niebezpieczeństwa i delikatne jak noworodek, gotowe, by je rozszarpać, poćwiartować i pożreć. Wieloryb wyrzucony na brzeg – myśli Subha. Nie odczuwa żadnej przyjemności z patrzenia na siebie w ten sposób, ale pomimo to przygląda się sobie badawczo, usiłując na siebie spojrzeć oczami innego. Chciałaby dojrzeć piękno, uwierzyć jeszcze przez kilka chwil w rzeczy, które wcześniej podszepnął jej głos, zatrzymać z tego wrażenie młodzieńczej radości, lecz dostrzega jedynie rozpoznawalne oznaki zbliżającej się szybkimi krokami starości. Twarz nie dostarcza jej żadnego pocieszenia.

            Po upływie minuty odwraca wzrok. Jedna myśl nie przestaje podsycać niepokoju.

            Od ich pierwszych kroków. Bez oczekiwania, bez wstępów. Uklęknięcie.

            Nic wcześniej nie przygotowało jej do tego. Nic później nie dostarcza jej wyjaśnień.

            Odkręca kurek i wślizguje się pod słaby strumień. Jednak intensywne i błotniste wrażenia, które zalewają ją wówczas, tylko dopełniają jej zamętu.

 

————————————————————————————–

Zielone sari (Le sari vert)

okładka książki "Zielone sari" Anandy DeviZielone sari jest dziesiątą powieścią Anandy Devi opublikowaną w 2009 w wydawnictwie Gallimard. Za ten utwór pisarka została nagrodzona Prix Louis-Guilloux. W 2018 ukazało się w polskim tłumaczeniu Krzysztofa Jarosza w gdańskim Wydawnictwie w Podwórku.

Główny bohater i jednocześnie narrator, Bissam Sobnath, osiemdziesięcioletni Indo-Maurytyjczyk chorujący na nowotwór spędza swoje ostatnie dni w domu córki Kitty. W opiekę nad starszą osobą zaangażowana jest również jego wnuczka Malika. W końcowej fazie życia mężczyzna dokonuje bilansu swojej egzystencji. Wspomina różne momenty i postaci. Szczególnie często nawiedza go obraz zmarłej żony, której imienia, co ciekawe, nie wypowiada nigdy.

Mimo zbliżającej się śmierci Bissam Sobnath, tyran domowy, który unieszczęśliwił najbliższe osoby, nie zamierza przyznać się do błędów ani wyznać swoich win. Nie potrafi też zaakceptować współczesnej epoki, wyemancypowania kobiet, jest zniesmaczony i zszokowany związkiem wnuczki z inną kobietą.

Bohater, z zawodu lekarz, odniósł duży sukces osobisty, choć pochodził z niskich warstw społecznych. Dzięki ciężkiej pracy matki mógł odbyć studia medyczne w Irlandii. Po powrocie na Mauritius zakochał się w młodziutkiej, pięknej dziewczynie z wysokiej kasty. Jego pozycja zawodowa pozwoliła mu przekonać rodziców wybranki, by zgodzili się na ślub.

Szczęście w domu młodej pary trwa jednak krótko, gdyż mężczyzna bardzo szybko jest rozczarowany zachowaniem żony, zbyt frywolnej w jego mniemaniu, leniwej i przede wszystkim fatalnej kucharki, co dla smakosza jest wadą nie do zaakceptowania. Na początku jego złość jest czysto werbalna, później fizyczna. Bohater odkrywa ze zdziwieniem, że przemoc wywołuje w nim uczucie spełnienia i satysfakcji, bliskie rozkoszy. W domu Bissam Sobnath zamienia się w prawdziwego potwora, na zewnątrz jest wykształconym, kulturalnym człowiekiem, choć i jako lekarz nie jest idealny, grzeszy bowiem arogancją i pogardą wobec pacjentów.

Po narodzinach córki Kitty sytuacja w domu pogarsza się jeszcze bardziej. Kilka lat później żona ponownie zachodzi w ciążę, rodzi upragnionego i wyczekiwanego syna, wątłego i chorowitego, który umiera przeżywszy zaledwie kilka tygodni. Załamany mężczyzna przestaje panować nad sobą. Całą złość wyładowuje na żonie. Pewnego dnia podczas ataku wściekłości wylewa na nią garnek z gotującym się ryżem, a następnie podpala jej sari, czego konsekwencją jest śmierć kobiety. Bissam Sobnath nie zdradza nikomu okoliczności tej tragedii, neguje swój udział w zbrodni. Przez długi czas udaje mu się zręcznie manipulować otoczeniem. Po śmierci żony sam wychowuje córkę, którą najprawdopodobniej wykorzystuje seksualnie i dla której jest równie okrutny jak wcześniej dla jej matki.

Kitty i Malika mają nadzieję, że wizja odejścia z tego świata skłoni mężczyznę do szczerych zwierzeń i że pozwoli im to wreszcie poznać tajemnicę śmierci jego żony. W końcu Bissam Sobnath opowiada o tragedii, odrzucając jednak odpowiedzialność za nią. Córka i wnuczka postanawiają wymierzyć mu karę i decydują się na pozostawienie go samego w domu, bez jakiejkolwiek opieki.

 

Zielone sari
(s. 25-35 oryginału, s. 17-25 polskiego wydania)

Usiłuję zasnąć, ale twarz pojawia się natychmiast tuż przy mojej. Jej oddech ma zapach zatęchłych przypraw korzennych. Orbity puste, a przecież zamieszkałe przez niewidoczne spojrzenie. Usta otwierają się na otchłań skolonizowaną przez robactwo.

Ten obraz nie jest realny: matka Kitty została spalona, jak ja zostanę spalony, gdy umrę. Jej ciało nie gnije w trumnie, lecz obróciło się w pył na stosie z drewna mangowca. Jednak widzę ją zawsze w ten sposób: na wpół zgnite ciało, twarz niemająca już w sobie nic ludzkiego, ale dająca się mimo wszystko rozpoznać w całym swoim pięknie. Owa magia kobiecej natury, która uwodzi mężczyzn i traci swoją moc, gdy tylko zostanie zniewolona w męskim łożu. One są jak pałace o nieskończonych obietnicach, w których po sforsowaniu drzwi odkrywa się tylko zmurszałość i pustkę.

Tak i mnie urzekła i popchnęła do tego, żeby ją za wszelką cenę zdobyć, nawet jeśli powinna pozostać dla mnie niedostępna. Byłem sierotą, człowiekiem, który sam siebie stworzył. Ona pochodziła z wyżyn społecznych. Ale byłem lekarzem: to kompensowało wszystko. Po długich miesiącach negocjacji z jej rodzicami udało nam się dopiąć swego. Walczyła o to z takim samym uporem jak ja. Gdy przywiozłem ją, młodą żonę, do siebie, myślałem, że szczęście, ta niewypowiedziana rzecz, stała się moim udziałem. Myślałem, że moja żona będzie jak to żebro Adama, z którego, jak wierzą chrześcijanie, pochodzi kobieta: niezbędna, ale niewidoczna.

Słyszę jej spokojną nienawiść niczym szelest jasnego prześcieradła. Wie, że jestem w jej zasięgu. Oczekuje mnie. Wie, że nie będę się ociągał. W nocy, gdy nie ma nikogo, kto rozpędziłby duchy, żyję z nią sam. Wślizguje się wtedy we mnie metaliczny strach. Co się stanie, kiedy umrę?

Wydaje mi się, że ona śpiewa jakąś kołysankę, ale nie rozpoznaję ani słów, ani melodii. To niepodobne do niczego, po prostu do głosu zza grobu, może do roztrzaskanych gwiazd. Mam niejasne poczucie, że powinienem znać tę melodię, że nuciła ją cichutko, żeby uspokoić noworodka, którego wrzaski nie pozwalały mi zasnąć. Ale brzmienie piosenki jest złowieszcze, jakby nie zawierała nic poza wyziewami mojej złości.

Wiem, że ta złość zaprowadziła mnie za daleko. Przyznaję, jest odpowiedzialna za wiele rzeczy. Była szkarłatnym źródłem, które mnie wypełniało i wzbraniało wszelkiego umiaru, plamiąc moje wargi swoim cudownym smakiem. Nie mogłem bić niemowlęcia, żeby je uciszyć, więc biłem matkę. To było normalne. Nie trzeba się było tego wstydzić. Dopiero później mężczyźni stali się tchórzami, a kobiety uzyskały wszystkie prawa.

Nienormalne było to, że ona nie zgadzała się na ustalony porządek i angażowała się w tę milczącą wojnę przeciwko mnie. Oto, co doprowadziło nas do destrukcji.

Pierwotny obraz, owa zieleń jej przysiąg i strojów, wynaturzył się, gdy zabarykadowała się w odmowie posłuszeństwa dla męża. Nie potrafiła nawet zaakceptować, kiedy jej mówiłem, że jest złą kucharką. A przecież to była czysta prawda, wprawdzie wypowiedziana bez ogródek, ale co było nadzwyczajnego w tym, że odmawiałem zjedzenia jej sklejonego ryżu, ciągnącego się, albo na wpół surowego kurczaka, tych warzyw utopionych w zbyt słonym sosie? Jakże szybko musiałem utracić złudzenia, uświadomić sobie, że wzbronione mi było to, czego oczekiwałem, owe czułe rojenia o życiu we dwoje. Małżeństwo składało się tylko z przejrzanych na wskroś iluzji. Piękno nie kompensowało niczego. Śmiała się ze swoich niezręczności jak podlotek. Miała już siedemnaście lat, a jeszcze nie dotarło do niej, że życie we wspólnym stadle nie ma w sobie nic zabawnego. Musiałem ją tego nauczyć pięścią. Kiedy po raz pierwszy jej warga pękła z innego powodu niż uśmiech, wreszcie zaczęła rozumieć.

Kiedy ją poznałem, była żywą, bezczelną, złośliwą piętnastolatką, z gotową na wszystko odpowiedzią, obdarzoną bezlitosnym poczuciem humoru. Kobietą w miniaturze z długimi kolczykami, diamentem w nosie, delikatnymi nadgarstkami, z ogromnym apetytem na życie widocznym po sposobie, w jaki koniuszkiem różowego języka lizała lody. Miniaturową kobietką stojącą pod deszczem sztucznych ogni z noskiem zadartym ku niebu. Była niepodobna do jakiejkolwiek innej kobiety, którą znałem. Nigdy nie napotkałem tyle beztroski i zaufania. Do tej pory żyłem w szarzyźnie biedy i ambicji. Wiedziałem, że nie pragnę nikogo poza nią.

Oczarował mnie jej śmiech. I to śmiech ją odczarował. Po ślubie nie byłem w stanie dzielić jej wesołości. Wydawała mi się fałszywa maską zakładaną specjalnie po to, żeby ukryć jej liczne wady. Mylącym pozorem. Kiedy się jest kobietą, kiedy się ma stać matką, nie można się już śmiać w ten sam sposób. Powaga jest niezbędnym aktem godności.

Wstyd nadszedł niespodziewanie z oczywistością tak silną, że zakrztusiłem się samosą, nadziewanym mięsem pasztecikiem, który wtedy jadłem. Kiedy publicznie roześmiała się na ślubie, gdzie zostaliśmy zaproszeni, szukając mnie wzrokiem, jakby chciała podzielić się ze mną chwilą intensywnej wesołości, nie odwzajemniłem uśmiechu: odwróciłem się do niej plecami. Nie przestałem dyskutować o polityce z otaczającymi mnie mężczyznami. Nasz angielski był sztuczny i pompatyczny, niezręczny i sepleniący, ale czuliśmy się odmienni od pozostałych. Mówiliśmy o niedawnej wojnie, której echa nami wstrząsnęły. Konstruowaliśmy przyszłość kraju, który jeszcze nie uzyskał niepodległości. Wypędzimy Anglików z naszej małej wyspy, będziemy pionierami, będziemy kroczyli śladami Nehru i Gandhiego, będziemy mieli nasz szlak cukru na podobieństwo ich szlaku soli. Kiedy mówiłem, czułem na plecach, na karku jej drapiące spojrzenie. Nakazywała mi się odwrócić. Czułem jej wściekłość zignorowanej kobiety. To wzmocniło moją determinację: nie nagnie mnie do swojej woli. Oparłem się chęci spojrzenia na nią. To było moje pierwsze zwycięstwo.

Widzę ją jeszcze, tego dnia, ubraną w żółte, przezroczyste sari ze złotymi cekinami. Płomiennożółta, jedwabista tkanina, która doskonale pasowała do jej ciepłej cery i czarnych włosów. Tego dnia zebrała je nad szyją w kok. Nosiła drogie klejnoty ofiarowane jej przez rodziców. Kiedy przyszliśmy, widziałem, że patrzyli na nią wszyscy, mężczyźni i kobiety. Uśmiechały się do niej starsze panie, które mówiły jej, że przypomina aktorkę Sorayę. Ale ona była piękniejsza niż Soraya. Na swoich wysokich obcasach była chodzącym płomieniem. Udawałem, że nie dostrzegam spojrzeń, zachowywałem się, jakby było dla mnie całkiem normalne, że przychodzę z nią u swego boku. W chwili, gdy wchodziliśmy do salonu, zbliżyła się do mnie i otarła się o moje ramię nagim barkiem. Poczułem się zakłopotany tą bliskością połączoną z delikatnym zapachem jaśminu i potu. Nie afiszowało się w ten sposób stosunków łączących kobietę z mężczyzną. Odsunąłem się upokorzony tym zbyt intymnym gestem.

A potem, jakiś czas później, rozległ się ten wybuch śmiechu, który rozbrzmiał w całej sali, wstrząsnął mną i przeszył mi uszy jak gwóźdź. I wtedy przydusił mnie wstyd, sprawiając, że w moich uszach myśli stojących wokół mnie ludzi rozbrzmiały tak wyraźnie, jakby zostały wypowiedziane. Mówili: „Tak to jest, kiedy poślubi się zbyt piękną kobietę”, śmiali się, „ożenił się z lalką, która wodzi go za nos, niby się puszy”, mruczeli, „ale w rzeczywistości to pantoflarz”. Zacisnąłem usta i nozdrza. Przez resztę wieczoru w ogóle na nią nie spojrzałem. Gdy wracaliśmy do domu, wyczuła całą dzikość złości, którą oburącz w sobie dusiłem. Jej obcasy stukały ze strachu po brukowanych ulicach stolicy. Była na tyle mądra, że nie odezwała się ani słowem. Po dotarciu do domu bardzo szybko położyła się spać. W środku nocy usłyszałem, jak pociąga nosem i cała moja złość wyparowała. Wziąłem ją w ramiona i poczułem euforyczną ulgę. Pod koniec naszego stosunku, znowu pozwoliła sobie na śmiech. I ten śmiech nie miał już w sobie żadnej magii. Nie znalazłem w nim nic urokliwego.

Gdy po raz trzeci z rzędu przypaliła soczewicę i rozgotowała ryż, coś we mnie pękło. Coś metalicznego stopiło mi się w brzuchu, jak wzbierające pożądanie albo może mleko w kobietach. To było coś tak samo organicznego, jednak nie było to pożądanie, lecz – przeciwnie – biała nienawiść, której nawet woń była męska i fekalna.

Postawiła przede mną smrodliwy posiłek. Spoglądając na kleistą masę białego rozgotowanego ryżu i spalonej na węgiel soczewicy, osłupiałem ze zdumienia, że mogła w ogóle pomyśleć, bym mógł to tknąć. Pochyliła się, specjalnie robiąc tak, żeby jej długi warkocz kołysał się przed moją twarzą. Uśmiechała się, nawet na mnie nie patrząc, pewna siebie, przekonana, że dam się wciągnąć w jej grę. Jej uśmiech był dwulicowy. Może była w nim również pogarda. Zacisnąłem szczęki tak mocno, aż poczułem, że trzeszczą mi zęby, a od trzonowych oderwały się kawałeczki szkliwa. Była pochylona, sari odchylało się od jej drobnych piersi. Warkocz kołysał się ciągle przede mną, tak gruby, że gdybym zacisnął na nim dłoń, wypełniłby ją całkowicie, czarne ciało, falujące, wijące się aż do ziemi. Prawie bezwiednie złapałem go, ten drwiący ze mnie warkocz, jej włosy prześlizgnęły się po śliskiej skórze mojej dłoni, zatrzeszczały w niej, a ja pociągnąłem za nie tak silnie, że jej głowa z nagim odgłosem uderzyła w stół tuż obok talerza. Szarpnąłem jeszcze raz i znowu, jak za sznur dzwonu, nie uświadamiając sobie nawet, że po pierwszym okrzyku zaskoczenia nie wydała z siebie żadnego odgłosu ani nie zaprotestowała.

Muszę wyznać, że po tym pierwszym geście, który uczciwie muszę określić jako gwałtowny, wybuchło we mnie coś jakby erupcja triumfalnego szczęścia, tak wspaniałego i tak rozgrzewającego, że od razu uderzyło mi do głowy. Poczułem się wyzwolony z całego ciężaru pozorów. Rozpłynęło się całe napięcie, które odczuwałem. Moje kości zatrzeszczały od wysiłku, ale ulga, która nastąpiła, była tak intensywna, że odniosłem wrażenie, jakby moje kręgi rozwęźlały się niczym uczynione z powietrza, jakbym za chwilę miał się unieść w przestworzach i rozproszyć na wszystkie strony w stanie doskonałej lekkości. Dłoń miałem ciągle zaciśniętą wokół jej warkocza i w dalszym ciągu tłukłem jej głową o stół, ale mój umysł był już gdzie indziej, mój umysł śmiał się, wyzwolony ze swoich lęków. Wiedziałem, że odtąd ta kobieta nie będzie już mogła owijać mnie sobie wokół palca.

Kiedy ją puściłem, na czole i policzku miała czerwone placki, które szybko staną się niebieskie. Wargę miała rozciętą, co wyglądało jak uśmiech, ale nim nie było. Jej oczy były ogromne. Patrzyła na mnie tak, jakby pomimo widocznych na ciele znaków i bólu twarzy, jaki musiała odczuwać, nie mogła uwierzyć, że to zdarzyło się naprawdę. Zastygła tak, stojąc przede mną, malutka, z tą swoją szkarłatną twarzą i z kroplą krwi w kąciku ust. Patrzyłem na nią, nieznacznie się uśmiechając, i czekałem. Zaczęła drżeć. Wtedy delikatnie ująłem ją za ramię, posadziłem sobie na kolanach i pozwoliłem się wypłakać. Gdy wyczerpały ją jej własne łzy, powiedziałem jej głaskając po włosach: „Na przyszłość będziesz uważać na posiłki”. Nie musiałem dodawać: „bo inaczej wyrwę ci ten warkocz”.

Dużo później, w nocy, ja także zacząłem drżeć, wstrząśnięty skutkiem mojego czynu. Ale było to drżenie, które bardziej przypominało nie strach, lecz rozkosz.

Jeszcze dzisiaj, gdy o tym myślę, odczuwam intymną ulgę płynącą z tego czynu. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić, ale to czysta prawda: przemoc jest łaską.  

Wszystkie te twarze widzę jednocześnie: twarz dziecka, twarz starej, twarz martwej, twarz daïne – zabijającej dzieci wiedźmy, twarz suki, twarz zatartego czasu, twarz wszystkich zastygłych błot.

Gdy ją tak widzę we wszystkich jej postaciach, coś we mnie drży. Myślę, że, o cudzie!, wspomnienie mojej od tak dawna zmarłej żony wywołuje we mnie jeszcze erekcję. Dzieje się tak, zwłaszcza gdy wyobrażam ją sobie taką, jaką była przedtem. Zanim małżeństwo uczyniło ją niestrawną i jej ptasi wdzięk przemieniło w potrzeby drapieżnika.

Myślę o jej jakże szczupłym ciele dziecka, o małym, krągłym brzuszku i piersiach wrażliwych jak główka niemowlęcia. Jej doskonałych stopach w sandałach z rzemykami. Myślę o niej w noc poślubną, kruchej, wystraszonej i uważnej, wypełnionej miłością zbyt natrętną, by była na dłuższą metę znośna. Słodycz jej skóry. Czerń jej włosów, wszędzie. Jej usta pocałowane po raz pierwszy, o smaku korzeni i dziewictwa.

Kochałem ją przecież. Byłem gotowy dać jej wszystko. A potem twarde słońce poranka oświetlające bezużyteczną lalkę, śpiącą z taką ufnością w całym swoim ciele, w swoich członkach, że czuję się tym porażony. Na wpół uniesiony na łóżku widzę ją obrysowaną wzdłuż ciała białą poświatą Port Louis. Bezwstydnie wystawiona na spojrzenie, ta dziwna, szaro-czerwona przestrzeń wydaje mi się naraz tak zwierzęca i brzydka, że zaciera się w niej kobieta, która zostaje zredukowana do samych swoich otworów. Upał i miłosne igraszki minionej nocy powlekły je wonią mokrej sierści. Przykrywam ją prześcieradłem. Odwraca się do mnie, przeciąga, nieświadoma mojego odkrycia, zarzuca mi ramiona na szyję, przyciąga do siebie. Coś pęka. Jak to możliwe, żeby młodziutka kobieta tak dobrze znała się na sztuce uwodzenia? Czy one od urodzenia są wszystkie takie?

Odtąd podąża za mną jej obraz rozwalonej na łóżku, bezład członków z porozrzucanymi tu i ówdzie ciemniejszymi miejscami. Moja doskonała, młoda żona znikła w jedną noc.

 

————————————————————–

Moi, l’interdite (Ja wykluczona) 

okładka książki pt. "Moi, l’interdite" Anandy DeviMoi, l’interdite jest czwartą powieścią Anandy Devi wydana w 2000 przez wydawnictwo Dapper.

Mouna, główna bohaterka i narratorka, urodziła się w małej wiosce na Mauritiusie w hinduskiej rodzinie. Została ona boleśnie naznaczona przez los, gdyż urodziła się z wadą, rozszczepieniem podniebienia, uniemożliwiającą jej wyraźne mówienie. W konserwatywnej i zacofanej społeczności tzw. zajęcza warga dziecka została odebrana jako zły znak, znamię szatana. Całe jej otoczenie jest przeświadczone, że dziewczynka ściągnie na nich zły los, oskarżają ją o różne klęski, takie jak na przykład nieudane zbiory. Najbliższa rodzina wstydzi się jej, matka, ojciec i rodzeństwo nie okazują jej troski, pragną jej śmierci.

Jedyną osobą, której zależy na Mounie, jest starsza i schorowana babka. Stara się zajmować małą, opowiada jej bajki o nieszczęśliwych kochankach – księciu Bahadourze i księżniczce Housnie. Po śmierci staruszki rodzice Mouny chcąc ukryć ją przed światem, zamykają ją w piecu do wypalania wapna. Głodna, samotna i zaniedbana dziewczyna spędza w nim całe dnie. Jedynymi towarzyszami Mouny w miejscu odosobnienia są robaki, które okrywają jej ciało kokonem.

Pewnego dnia w kryjówce młodej kobiety pojawia się pies, który wybawia ją z tragicznej sytuacji. Zwierzę zostaje wiernym i lojalnym towarzyszem bohaterki. Mouna ucieka z nim z pieca do wypalania wapna, zaczyna żyć w sforze psów, nie nosi ubrań, chodzi na czworakach. Powoli popada w szaleństwo. Następnie spotyka bezdommnego mężczyznę, w którym zakochuje się, uważając, że jest on księciem Bahadourem z opowieści jej babki. Decyduje się zostawić zrozpaczonego i zazdrosnego psa i zaczyna życie z nowo poznanym mężczyzną. Zachodzi z nim ciążę. Mężczyzna opuszcza jednak ciężarną kobietę. Oszalała z rozpaczy Mouna zabija swojego nowo narodzonego syna, który urodził się z taką samą wadą jak i ona. Kobieta uważa akt dzieciobójstwa za najwyższą oznakę miłości, gdyż chce w ten sposób oszczędzić dziecku smutnego losu, jaki jej przypadł w udziale.

Bohaterka zostaje zatrzymana i skierowana do szpitala psychiarycznego.  W nocy często jest odwiedzana przez tajemniczą postać, która wykorzystuje ją seksualnie. Poznaje tam pielęgniarkę Lisę, która interesuje się jej życiem, lubi ją i współczuje jej. Ogarnięta szaleństwem młoda kobieta postanawia zabić pielęgniarkę. Kieruje się podobnymi przesłankami jak w przypadku zabójstwa syna: chce w ten sposób uchronić Lisę przed trudnym życiem, jakie wiodą kobiety. Pod koniec powieści Mouna jest przekonana, że stała się aniołem, ma skrzydła, dzięki którym może odlecieć.

 

Moi, l’interdite   
(s. 69-73 oryginału)

logo DapperaRozdział 8

Był sobie pies.

Dni mijały jak duchy przed otwartą dziurą. Ze środka pieca do wapna dostrzegałam tylko grę promieni słonecznych i listowia. Czasem wiatr przynosił mi odległe odgłosy, ale były jak echa z innych stron, bez substancji. Powoli chudłam. Zwierzątka były moim wszechświatem. Myślę, że zaczynałam je rozumieć. Zdawałam sobie sprawę, że nie miałam żadnego własnego miejsca z wyjątkiem tego, w którym ofiarowywałam się i byłam przyjmowana, gdzie byłam absorbowana, gdzie byłam przekształcana.

Ciężarówki wyładowane trzciną pojawiały się czasem na krótko w moim polu widzenia. Wypełnione ludźmi, którzy rozmawiali i śmiali się. Ich oczy były przekrwione od rumu, a ich ręce czasem skore do przemocy.

Kiedy indziej bywało, że widziałam też innego, który wyglądał na łagodnego i który wzbudzał we mnie marzenia… Małe życie… życie tak ciasne, tak przeziębione… Zamknięty świat rodzin, jakże okrutnych… Bezustanny głód pieniędzy, dóbr, majątków, a wszystko to po nic, bo na koniec ich życie pozostanie malutkie, bardziej zasznurowane w swoich nawykach niż ja w moim kokonie, a ich dusze i ciała, nadgryzane przez mnogie pożądania, wreszcie sczezną. Poza tym na końcu wyznaczonego im czasu to oni stracą wszelki pozór człowieczeństwa. Czy o to chodzi? Nie tego pragnę.

A potem pojawił się pies. Dwa czy trzy razy przeszedł przed otworem, patrząc na mnie, oceniając moją sytuację. Nigdy nie wyczytałam tyle inteligencji w oczach żywej istoty. Ciągle byłam przywiązana, przypominacie to sobie, obwiązana włóknami mojej szczodrości, a żyjątka kontynuowały swoje dzieło, bynajmniej niewystraszone obecnością psa. On sam nie był zresztą w najlepszej kondycji. Pokryty pchłami i pasożytami, bardzo chudy i pokiereszowany, musiał być pozostawiony swojemu głodowi jak ja. Być może zresztą dlatego się mną zainteresował.

W końcu wszedł. Wyglądał, jakby się uśmiechał, ale boleśnie. Zbliżył się do mnie i polizał mnie. Bez pośpiechu, bo szybko zdał sobie sprawę, że jestem uwięziona. Wylizał mnie po trochu wszędzie, niespecjalnie przeszkadzając żyjątkom, które rozstępowały się na chwilę, żeby powrócić w jeszcze większej liczbie, ponieważ, syte i pulchne, niebywale się rozmnożyły, niewątpliwie dlatego, że mając pełne brzuchy, odkryły uroki miłosnych spełnień.

Potem, przepojony moim zapachem i smakiem, odszedł nieco dalej i usnął. Patrząc na niego, postrzegając tę zwierzęcą obecność, tę nieodległą ode mnie inteligencję, zapragnęłam towarzystwa. Tysiące pasożytów, które mnie skolonizowały, nie rozmawiały ze mną, pomimo wszelkich wysiłków z mojej strony, żeby się z nimi komunikować. Ale on… Jego oczy zdawały się rozmawiać z moimi. Przede wszystkim zaś miałam wrażenie bardzo żywego, bardzo subtelnego porozumienia. Zresztą wydawało mi się, że na niego czekałam. Z pobudzonymi zmysłami czekałam na niego.

Nazajutrz rano wstał, przeciągle i lubieżnie ziewnął, upolował kilka pcheł na swojej płowej sierści. Potem odszedł. Po pewnej chwili wrócił, trzymając w pysku starą puszkę po konserwach, którą napełnił w sąsiednim bajorze. Przyniósł mi ją.

Wypiłam na jego sposób, chłepcząc, żeby okazać mu swoją wdzięczność, a ponadto, będąc skrępowana, nie mogłam jej wyrazić w inny sposób. Postawił puszkę na ziemi. Od tej chwili musiał mnie uznać za przedstawiciela swojego gatunku, bo nagle, z niespodziewaną gwałtownością rzucił się na mały ludek, który mnie zamieszkiwał i który przecież czule kochałam, i wszystkich ich zmasakrował. Nie pozostawiając przy życiu ani jednego. Szukał ich w każdym moim zakamarku. Wylizał nawet moje rany, żeby usunąć z nich zagnieżdżone tam pasożyty. Kilkoma ciosami łap uwolnił mnie z reszty moich więzów.

Na koniec za pozostałości ubrań, które miałam na sobie, pociągnął mnie aż do bajorka, żebym mogła się napić i umyć.

Trudno mi było posługiwać się z powrotem rękami i nogami, lecz krążenie powoli wróciło, podobnie jak koordynacja, i odnalazłam się prawie cała (ponieważ brakowało mi placów u nóg). Uwolniwszy się jednak z jarzma pasożytów, poczułam, że nie jestem już istotą ludzką. Byłam czymś innym, istotą dziką i zamkniętą na sobie, której nie dało się już zrozumieć, jeśli w ogóle kiedykolwiek było to możliwe. Pozostała we mnie zwierzęca potrzeba natychmiastowego zaspokajania głodu. Rozwinęłam w sobie instynkt sfory. 

Wyszłam z bajorka na czterech łapach, bo nie mogłam już chodzić na dwóch. Pies śledził mnie z tak dumną miną, że poczułam, jak przekształcam się pod jego wzrokiem. W moim brzuchu rozkwitały kwiaty. Spojrzałam w jego orzechowe oczy i odkryłam w nich coś niesłychanego: współczucie. Usiadłam naprzeciwko niego i, w tamten świt, który nie wyglądał jakby cokolwiek zapowiadał, przeprowadziliśmy rozmowę składającą się z milczeń i uśmiechów.

Rozmowę miłosną. Od tego dnia stał się moim towarzyszem.

———————————————————————————

Ève de ses décombres (Ewa ze swoich zgliszcz)

okładka książki pt. "Ève de ses décombres" Anandy DeviÈve de ses décombres jest ósmą powieścią Anandy Devi wydaną w 2006, za którą pisarka otrzymała nagrody Prix des cinq continents de la Francophonie i Prix RFO du livre. Na podstawie książki został też nakręcony film [Film Les enfants de Troumaron ze scenariuszem napisanym przez Anandę Devi zostal zrealizowany przez męża pisarki Harrikrisnę Anendena i ich syna Sharvana Anendena. Premiera filmu miała miejsce w 2012 roku na Mauritiusie – przyp. tłumacza].

Ève de ses décombres przedstawione jest życie kilku młodych mieszkańców ubogiej dzielnicy Troumaron stanowiącej część Port Louis, stolicy Mauritiusa. Dzielnica jest zamieszkana głównie przez Kreoli.

Ewa, Sad, Clélio i Savita, główne postaci powieści, opisują trudną egzystencję, jaką wiodą oni i ich rodziny, naznaczoną bezrobociem, alkoholizmem i prostytucją. Zamknięcie fabryki produkującej ubrania, w której pracowała większość kobiet z dzielnicy, jak i sprowadzenie robotnic z Chin, jeszcze bardziej pogłębiły kryzys społeczny.

Główna bohaterka Ewa ma jedynie 17 lat, choć wydaje się starsza, niż wskazuje na to jej wiek. Pochodzi z bardzo biednej, dysfunkcyjnej rodziny, w której ojciec maltretuje ją i jej matkę. Dziewczyna nie ma złudzeń co do swojego losu i wie, że sama musi się o siebie zatroszczyć. Wcześnie odkrywa, że jej uroda przyciąga uwagę otoczenia, postanawia więc posłużyć się swoim ciałem jako środkiem do osiągnięcia celu. Gardzi mężczyznami, w kontaktach z nimi jest zimna i wyrachowana, niemniej godzi się na stosunki seksualne najpierw z kolegami ze szkoły, następnie z dorosłymi mężczyznami, aby zdobyć to, co jest jej potrzebne.

Sad jest młodym, wrażliwym i utalentowanym mężczyzną. Mimo iż jego najbliżsi koledzy mają problemy z prawem, on sam stara się dobrze uczyć, pisze wiersze, jest zafascynowany poezją Rimbauda. Jest beznadziejnie zakochany w Ewie. Próbuje ją chronić, jak może. Martwi się o nią, mając świadomość, że młoda kobieta wybrała drogę autodestrukcji.

Clélio natomiast jest nastolatkiem skłonnym do agresji, łatwo wdaje się w bójki, ma za sobą kilka krótkich pobytów w więzieniu. Jest zły na cały świat – na ojca, który jest bierny i się poddał, na brata Carla, który ich opuścił i wyjechał do Francji z nadzieją na lepszy los. Clélio kocha matkę, która ich utrzymuje, ciężko pracując w fabryce.

Savita jest Hinduską, która wraz ze swoją rodziną od niedawna mieszka w Troumaron, gdzie jej rodzice źle się czują i marzą o przeprowadzce. Dziewczyna zostaje najlepszą przyjaciółką Ewy. Rozumieją się doskonale, spędzają ze sobą dużo czasu. Savita, tak jak i Sad, troszczy się o Ewę i stara się chronić ją przed nią samą, nie jest bowiem w stanie zrozumieć masochistycznego momentami postępowania tytułowej bohaterki powieści. Ewa za nic ma swoje życie, wystawia się sama na niebezpieczeństwo, padła nawet ofiarą zbiorowego gwałtu.

Pewnego dnia po skończonych lekcjach Savita, poszukując Ewy w szkole, staje się przypadkowym świadkiem jej relacji seksualnej z nauczycielem biologii. Niestety mężczyzna dostrzegł jej niepożądaną obecność w klasie. Ogarnięty paniką i bojąc się, że wszyscy dowiedzą się o jego nieetycznym zachowaniu, zabija ją, a zwłoki wrzuca do kontenera na śmieci.

Cała dzielnica jest wstrząśnięta zbrodnią. Wiele osób, w tym rodzice Savity, winią Ewę za to, co się stało. Policja poszukuje zabójcy. Aresztowany zostaje Clélio, idealny podejrzany, co więcej: nieposiadający alibi na ten feralny wieczór.

Ewa nie wierzy w jego winę, prowadzi swoje własne śledztwo. Udaje jej się odkryć tajemnicę śmierci przyjaciółki. Zabija nauczyciela, który przed śmiercią pisze list mogący stanowić dowód na niewinność Clélia. Sad usiłuje pomóc Ewie, jest gotów wziąć winę na siebie. Młoda kobieta nie zgadza się jego poświęcenie, sama chce ponieść odpowiedzialność za swoje czyny. W jej oczach to zabójstwo stanowi symboliczną zemstę wymierzoną we wszystkich mężczyzn, którzy skrzywdzili ją w przeszłości. W finalnej scenie Ewa czeka spokojnie na przyjazd policji.

 

Ève de ses décombres
(s. 13-28 oryginału)

SAD:

Jestem Sadiq. Wszyscy wołają na mnie Sad.

            Pomiędzy smutkiem a okrucieństwem linia jest cienka.

            Ewa jest moją racją bytu, ale udaje, że tego nie dostrzega. Kiedy się mijamy, jej spojrzenie przenika przeze mnie, nie zatrzymując się. Staję się niewidzialny.

            Mieszkam w szarym miejscu. Albo raczej żółtawobrązowym, które zasługuje na swoją nazwę: Troumaron – kasztanowa dziura. Troumaron to rodzaj leja, ostatnia zlewnia, do której spływają ścieki z całego kraju. Tutaj daje się mieszkania zastępcze ofiarom cyklonów, tym, co nie znaleźli schronienia po tropikalnej burzy i tym, co dwa albo pięć albo dziesięć lat później stoją jeszcze po kostki w wodzie, z oczami wyblakłymi od deszczu.

            Ja mieszkam tu od zawsze. Jestem uciekinierem od urodzenia. Jak ci wszyscy, którzy wzrośli w żółtym cieniu tych bloków, nic nie zrozumiałem z ich zgubnych zaułków. Nie dostrzegałem powstałych pod naszymi stopami pęknięć, które oddzielały nas od świata. Bawiłem się z Ewą. Wołaliśmy na nią szkieleton, taka była chuda, ale też, żeby zamaskować niewysłowioną czułość. Bawiliśmy się w wojnę, aż wreszcie wstąpiliśmy na wojenną ścieżkę.

            Jesteśmy przyklejeni do Montagne des Signaux – Góry Sygnałów. Port Louis wczepia się w nasze stopy, ale nas nie pociąga. Miasto odwraca się do nas plecami. Jego pomruk głuchej lawy zatrzymuje się u naszych granic. Góra zasłania nam widok na wszystko inne. Pomiędzy miastem a skałą są nasze bloki, nasze gruzy, nasze śmieci. Liszaje złuszczonej farby, a pod naszymi stopami asfalt. Plac zabaw dla dzieci stał się przestrzenią najeżoną przeszkodami ze swoimi igłami, odłamkami butelek i oczekiwaniem na przykrości. Tutaj chłopaki po raz pierwszy zacisnęli pięści. Tutaj pierwszy raz zapłakały dziewczyny. Tutaj każdy stawił czoła swoim pewnikom.

            Któregoś dnia budzisz się i przyszłość znikła. Niebo przesłania okna. Noc wchodzi w ciała i nie chce wyjść.

            Noc i burza hormonów. My, chłopaki, jesteśmy na głodzie. Zaczynamy osaczać dziewczyny, naganiając je do zamkniętej szwalni, która pożarła marzenia naszych matek. Może je też to czeka. Po szwalni pozostała tylko pusta, metalowa skorupa i setki maszyn do szycia, które przygięły ich ramiona garbem przegranej, a ich dłonie zamiast tatuażami pokryły dziurami i bliznami. Pozostały tam odpady po wszystkich kobietach, które w niej pracowały. Widać, że chciały nadać pozory człowieczeństwa swojej rozpaczy. Obok każdej maszyny jest plastikowy kwiat koloru malwy, pożółkłe rodzinne fotografie, pocztówki z Europy czy zapomniana spinka z kilkoma wyrwanymi włosami. Albo jeszcze symbole religijne – krucyfiksy, figurki Buddy, obrazki Kriszny – które pozwalają odgadnąć, do jakiej wspólnoty należały ich właścicielki, jeśli ma się ochotę bawić w rozwiązywanie zagadek. Kiedy szwalnię zamknięto, nie mogły nawet do niej wejść, żeby zabrać swoje rzeczy. Wydarzyło się to tak nagle, tak niespodziewanie, ale potem zrozumiałem, że i tak nie chciały niczego stamtąd zabierać. Zastanawiam się, na co im się zdała cała ich pobożność. Odtąd wszystko to wydane jest na pastwę rdzy i naszych perwersyjnych zabaw skrywanych za kurtyną śniedzi. Teraz to nasze ślady opanowują zatęchłe hale i szczurze nory. Atrament wszystkich utraconych tu dziewictw.  

            Czasem, gdy dzielnica jest spokojna, wydaje mi się, że z kraju, dookoła nas, dochodzą inne odgłosy. Inne melodie, dźwięki mniej posępne, brzęknięcie zamykanej szufladki w kasie, tandetne dzwonki rozwoju. Turyści nieświadomie z nas szydzą. Są niewinni swoim bogactwem. Naciągamy ich dla kilku rupii, aż zaczynają się mieć na baczności przed naszymi miłymi i fałszywymi gębami. Kraj przywdziewa swoją suknię błękitnego nieba, żeby łatwiej ich uwieść. Spomiędzy jego ud unosi się zapach morza. Stąd nie widzimy makijażu tego, co na zewnątrz, a ich olśnione słońcem oczy nie dostrzegają nas. Taki jest porządek rzeczy.

            Matki rozsnuwają się w mgle rezygnacji. Ojcowie w alkoholu odnajdują moc władzy. Ale już jej nie mają. Władza to my, chłopaki. Zakreśliliśmy nasze strefy wpływów jak dowódcy wojskowi. Zawłaszczyliśmy części dzielnicy. Odkąd nasi rodzice już nie pracują, to my jesteśmy panami. Zrozumieliśmy, że nikt nie może nam rozkazywać. Odtąd nikt nie mógł spojrzeć nam w oczy, nie odczuwając strachu. Począwszy od tej chwili, każdy zaczął żyć wedle własnej woli, wyzwolony ze wszystkiego, wolny od wszelkich reguł. Reguły narzucamy my.

            Jednak od pewnego czasu coś innego wślizgnęło się do moich marzeń. Plamię ściany mojego pokoju pytaniami, krwawię je sokiem słów. Uczę się milczeć. Uczę się, jak siebie wysłowić. Uczę się, jak się zbudować i jak przed sobą uciec. Podejrzewam, że tak mają wszyscy; płynie się z prądem, jak pozostali, ale wewnętrznie każdy zamyka się w sobie i karmi swoje sekrety. Upodabniam się do nich i udaję, że uczestniczę, dla formy, żeby przeżyć. Ewa tego nie rozumie.

            Gdy Ewa o spienionej, nocnej grzywie, przechodzi w swoich obcisłych dżinsach, inni szydzą i zgrzytają zębami, ale ja mam ochotę uklęknąć. Ona na nas nie patrzy. Nie boi się nas. Jej zbroją jest samotność.

            Nocą moje hormony przybierają jej twarz i rysują ją wielkimi wytryskami pożądania. Kiedy nie mogę już wytrzymać, wychodzę z bandą, nasze rozdrażnione motorynki dręczą starych śpiochów. Rano inni pogrążają się w narkotykowym stuporze i we wściekłości. Ja biorę prysznic, golę się i idę do szkoły. To podwójne życie mnie wyczerpuje, ale za nic w świecie nie darowałbym sobie, gdybym nie mógł zobaczyć profilu Ewy o poranku, na przystanku autobusowym, gdy słoneczny palec igra z jej włosami.

            Poza tym, przyznam, że uwielbiam słowa.

            Do jej tornistra wsuwam tomik poezji.

            Potem ona mnie mija i opiera na mnie swój wzrok. To sprawia, że całkowicie baranieję.

            Dedykuję jej wszystkie zdania, którymi zaczerniam moje ściany. Dedykuję jej moje gorzkie słońca.

            Dzielnica jest naszym królestwem. Naszym miastem w mieście. Port Louis zmienił wygląd. Wyrosły mu długie zęby i budynki wyższe niż okalające go góry. Ale nasze osiedle się nie zmieniło. To ostatnia twierdza. Tutaj budujemy naszą tożsamość z braku innej: tożsamość nieprzynależących. Nazywają nas bann Troumaron – Trumaronami – jakby chodziło o nową wspólnotę etniczną, których tak wiele na wyspie. Może rzeczywiście taką jesteśmy.

            Nasza pieczara, nasz teren zabaw, nasze pole bitwy, nasz cmentarz. Wszystko tu jest. Nie potrzebujemy niczego innego. Pewnego dnia staniemy się niezwyciężeni i świat zadrży. Takie są nasze ambicje.

 

EWA:

Ołówek. Gumka. Linijka. Papier. Gumy do żucia. Grałam w ciuciubabkę z moimi zachciankami. Byłam dzieckiem, ale nie całkiem. Miałam dwanaście lat. Zakrywałam sobie oczy i wyciągałam rękę. Gniotłam powietrze. Na wietrze drżałam w swoich cienkich ubraniach. Wierzyłam, że wszystko jest w zasięgu moich rąk. Sprawiałam, że w oczach chłopaków rodziły się księżyce. Wierzyłam, że to daje mi władzę.

            Ołówek. Gumka. Linijka. Wyciągałam rękę, bo w moim tornistrze nie miałam niczego. Chodziłam do szkoły bez żadnych przyborów. Odczuwałam rodzaj dumy z tego, że nic nie posiadam. Można było być bogatym swoim ubóstwem.

            Chłopcy trochę więksi ode mnie chronili mnie, bo byłam miniaturowa, bo byłam chuda, bo moje ręce i nogi były sztywne jak dziecinne rysunki. Myśleli, że może mnie przewrócić byle powiew wiatru jak łódeczkę z papieru, gdy woda szturcha ją w brzuch.

            Byłam łódeczką z papieru. Woda nasączała mój brzuch, moje nogi, moje ramiona. Nie widziałam tego. Uważałam się za silną. Kalkulowałam swoje szanse. Oceniałam każdą chwilę. Umiałam prosić, nie wyglądając na proszącą.

            Ołówek, gumka, linijka, byle co. Dawali mi je. Ich twarze łagodniały na chwilę, co nadawało im ludzkiego wyglądu. Potem, któregoś dnia, kiedy jak zwykle poprosiłam, nie wyglądając na proszącą, poproszono mnie o coś w zamian.

            Myślałam, że to proste, że to łatwe. Czego chciał w zamian? Byłam klasowym biedakiem, najmniej znaczącą z rzeczy. Wszyscy wiedzieli, że niczego nie mam. Tym razem mówiono mi jednak, że coś posiadam. W moim tornistrze było pusto jak w naszym mieszkaniu, mniejszym i gorzej wyposażonym niż inne, jak w naszych szafach, a nawet w naszym koszu na śmieci. Było spojrzenie ojca, który utył od alkoholu. Były zapieczętowane usta i powieki matki. Nie miałam nic, nic a nic do ofiarowania.

            Ale myliłam się.

            Chciał kawałka mnie.

            Zaciągnął mnie w kąt podwórka szkolnego, za gruby migdałecznik, oparł mnie o pień drzewa i wsunął rękę pod mój T-shirt. Nosiłam czerwony T-shirt z wydrukowanym nazwiskiem jakiegoś piłkarza. Nie pamiętam jakiego. Jego dłoń zatrzymała się na mojej piersi, delikatnie przesunęła się w górę i w dół, dokładnie po malutkim czarnym punkciku. Prawie niczego tam nie miałam. Słyszałam krzyki innych dzieci, które się bawiły. Wydawały mi się odległe. To był inny świat. Chłopak przyłożył również drugą dłoń. Jego cera się zmąciła, policzek był rozpalony. Nie spieszył się, chociaż się bał. Ja nie czułam nic. Istniałam poza swoim ciałem. Nie miałam z nim nic wspólnego.

            Tego dnia nie poprosił o nic więcej. Dał mi gumkę, ołówek albo zeszyt, nie pamiętam co. Zbliżył swoje usta do mojego ucha. „Następnym razem”, powiedział, „spróbujemy czegoś innego”.

            Wzruszyłam ramionami, ale z ciekawością przyglądałam się jego oczom pokrytym srebrną powłoką jak rozpuszczony cukier. Wydawał się unieważniony. Istniał tylko poprzez swoje dłonie. Istniał tylko przeze mnie.

            Pierwszy raz mój tornister nie był pusty. Miałam pieniądz na wymianę: siebie.

            Mogłam kupować. Wymieniać to, czego potrzebowałam, na samą siebie. Kawałki, cząstki. Moje części zamienne. Patrzyłam zuchwale na wielkich chłopaków wychodzących ze szkoły. „Chcesz coś zobaczyć?”, pytałam ich. Śmiali się, mówiąc, „Spadaj, nie ma nic do oglądania”. Ale potem zawieszali na mnie dłużej wzrok, a ich oczy mówiły co innego. Umiałam to robić. Wlewałam w swoje oczy płyn kogoś innego, kto nie miał nic wspólnego z moim szkieletowatym ciałem. Negowałam swoją drobność i swoją delikatność. Zaprzeczałam sobie. To wszystko powodowało przemianę. Przestawali oddychać. Łączyli się z cieniami i skrzydłami na mojej twarzy. Pozostawiali na niej pieszczotę, syrop pożądania, który spływał po moim prawym policzku. Oni, te wielkie chłopaki, mieli do ofiarowania w zamian coś innego: książki, kalkulatory, płyty. A ja dawałam im za to tylko cień swojego ciała.

            Bezustannie negocjuję. Moje ciało jest portem. Przybija się do wszystkich jego nabrzeży. Z czasem zakwitają oparzeniami, pęknięciami. Każdy zostawia na nim swój ślad, oznacza swoje terytorium.

            Mam siedemnaście lat i wszystko w nosie. Kupuję swoją przyszłość.

            Jestem przezroczysta. Chłopaki patrzą na mnie, jakby mogli widzieć przez moją skórę. Dziewczyny unikają mnie z obawy przed zarażeniem. Moja reputacja jest jednoznaczna.

            Jestem sama. Ale od dawna zrozumiałam potrzebę samotności. Chodzę wyprostowana, niedotknięta. Nikt nie może czytać w mojej zamkniętej twarzy, chyba że sama zdecyduję, że ją otwieram. Nie jestem jak inni. Nie należę do Troumaron. Dzielnica nie ukradła mi duszy jak innym robotom, które ją zamieszkują. Szkieleton ma sekretne życie wygrawerowane na brzuchu. Wyrzeźbiony jest ostrzem odmowy. Ani przeszłość, ani przyszłość nie mają znaczenia: nie istnieją. Podobnie zresztą jak teraźniejszość.

            Gumka. Ołówek. Linijka. Początki są zawsze proste. A potem otwiera się oczy na świat spustoszony, na świat zarażony syfilisem. Spojrzenie innych, które osądza i skazuje. Mam siedemnaście lat i zdecydowałam o swoim życiu.

            Stawiam czoło rafom. Nie będę jak matka. Nie będę jak ojciec. Jestem czymś innym, nawet nie całkiem żywym. Idę sama i wyprostowana. Nie boję się nikogo. To oni boją się mnie, tego, co nieeksplorowane, odgadując jego istnienie pod moją skórą.

            Im więcej mnie dotykają, tym bardziej jestem dla nich nieosiągalna. Tych, którzy ośmielają się zajrzeć za moje oczy, przyprawiam o zawrót głowy. To, co niewyjaśnione, ich przeraża. Chcą sztywnych ram. Panna na wydaniu, dziewczyna, którą się bierze i rzuca. Znają tylko te dwie kategorie. Ja jednak nie należę ani do jednej, ani do drugiej. To przekracza ich zdolności pojmowania i oburza.

            Nocą nawiedzam asfalt. Spotkania są umówione. Zawożą mnie, przywożą z powrotem. Pozostaję zimna. Jeśli coś się we mnie zmieniło, to na pewno nie część najprawdziwsza. Chronię się. Umiem się ochronić przed mężczyznami. To ja jestem drapieżnikiem.

            Zawozi się mnie, przywozi. Czasem poturbuje. Nie dotyka mnie to. To tylko ciało. To się naprawia. Od tego to jest.

            Omijam pułapki i przeszkody. Wykonuję swój taniec uników.

            Czy byłaś cieniem, czy skrzydłem, to już nie istnieje. Stajesz się czymś innym. W dzielnicy Troumaron podąża za tobą odblask. Szydzi z ciebie. Mówi ci, że chodzisz do tyłu. Zmienia twoje powierzchnie, odwraca bieg twojej trajektorii, ujawnia rewers twojego milczenia. Papierowa łódeczka całą powierzchnią nabiera wody, a ty nie zdajesz sobie z tego sprawy. Patrzysz, jak toniesz, nie widząc siebie. Gumki, zeszyty, ołówki, linijki, książki, serce, lędźwie, palce u stóp. Któregoś dnia patrzysz na swoje odbicie w lustrze i nic z tego do ciebie nie należy.

            Widzisz twarz zaciśniętą na swoich kłamstwach. Pytasz się, dokąd doszłaś. Szukałaś klucza, a znalazłaś włamanie.

    

CLÉLIO:

            Jestem Clélio. Jestem w stanie wojny. Walczę przeciwko wszystkim i przeciwko nikomu. Nie mogę wyjść poza swoją wściekłość. Któregoś dnia, to pewne, zabiję kogoś. Nie wiem kogo. Może moich rodziców albo pracodawcę, albo kumpla z bandy, albo jakąś kobietę, albo samego siebie. Nie wiem kogo. Jestem Clélio. Pamiętajcie o mnie, ale nie szukajcie mnie. Mam wystarczająco dużo złości, żeby dziesięć razy wypełnić nią dziurawy koszyk mojego życia.

            Imałem się wszystkich zawodów. Pozostał mi tylko zawód mordercy. Czasem śpiewam. Kiedy śpiewam, ludzie słuchają. Rzekłbyś, że ich zatrzymuję. Zatrzymuję ich życie i ich serca. Mam głos, który na wskroś przeszywa nieskończoność, mówi Sad, który potrafi mówić jak nikt inny tutaj. Podobno mam taki głos, że wprawia w wibracje żelastwo. Bloki przestają przytłaczać ludzi. Sprawiam, że otwiera się pięść cementu. Ściany wyglądają nostalgicznie. Dziewczyny upodabniają się do róż. Ale nie mam zamiaru śpiewać dla wiatru.

            Raz czy dwa proszono mnie, żebym zaśpiewał na ślubie. Ludzi patrzą na mnie z takim durnowatym zachwytem, że mam ochotę obić im mordy. Kiedy ich tak widzę zgromadzonych w odświętnych ubraniach i za ciasnych butach, od których wyrosną im na stopach odciski jak dodatkowe palce, jak przy stołach uginających się od żarcia i picia negują wszystko, co się dzieje, jak negują swoją biedę, mam ochotę wcisnąć im do gardła te ich uśmiechy, żeby się nimi udławili. Myślę, że jeśli dziesiąta z kolei staruszka poprosi mnie o zaśpiewanie Marinelli, na dobre poślę ją do nieba, żeby sobie potańczyła walca z Panem Bogiem. Po alkoholu wychodzi ze mnie diabeł. Po jednym kuflu piwa przewracam stoły i pannę młodą. Raz nawet skoczyłem na pannę młodą, żeby jej zerwać welon, bo wiedziałem, że to przebranie. Gdyby mnie nie powstrzymano, obdarłbym ją też z sukni i przysięgi.

            Sądzę, że taki się urodziłem. Myślę, że zobaczyłem przyszłość i nie spodobało mi się to. A kiedy widzę gwoździe, mam ochotę je połknąć albo wepchnąć je komu innemu do gardła.

            Parę razy byłem pod celą za napady i czyny agresywne. Nie trzymali mnie tam długo, bo jestem nieletni. W przyszłym roku, kiedy skończę osiemnaście lat, kary będą surowsze. Na razie sędziowie tylko mnie upominają. Pod moim dziecinnym spojrzeniem trochę się rozklejają i z taką jakby zrozpaczoną tkliwością mówią mi, żebym przemyślał swoje postępowanie. Ale ja wiem, że się nie zmienię. Jestem szczylem, smarkaczem, gówniarzem.

            Jestem Clélio, brudny obszarpaniec. Połykacz cudzych zardzewiałych gwoździ. Co chcecie, człowiek się nie zmienia.

 

SAD:

Mówią, że mi się w życiu powiedzie. Trzeba wiedzieć, że powodzenie to nie to samo dla wszystkich. To słowo o wielu znaczeniach. W moim przypadku oznacza po prostu, że zamknięte drzwi mogłyby się odrobinę uchylić, a ja, wciągając dobrze brzuch, prześlizgnąłbym się między nimi, zmyliwszy czujność Troumaron. Wszyscy wiedzą, że bieda jest najsurowszym strażnikiem. Nauczyciele mówią, że wszystko jest możliwe. Opowiadają mi, że oni także uczyli się przy blasku świecy. Dostrzegam zresztą w ich oczach wynikającą stąd ciemność myśli. Mówią, trzeba skorzystać ze swojej szansy, nie powinniście hamować rozwoju kraju. Kto to jest ci „wy”?

            Stereotypy są dla nas: wszyscy je podzielamy. Jesteśmy w tym mistrzami.

            Migoczą mirażem powodzenia, jakby mi mówili, odwracając wzrok, potrafisz robić cuda. To prawda, mam dobrą pamięć. Jestem jak gąbka: wszystko wchłaniam. I jestem jak pęcherz: wszystko zwracam. Podobno to sprzyja powodzeniu. Wchłaniać i wydalać.

            Ale też posługuję się nimi. Chodzę na lekcje. Zdaję egzaminy. Prowadzę podwójne życie: nocą z bandą, w dzień z uczonymi.

            Przypominam sobie dzień, kiedy się rozszczepiłem: na lekcji francuskiego nauczycielka, młoda, chorowita kobieta, tak żółta, jak jej bluzki koloru kurczęcia, która nie zabawiła z nami długo (to dlatego, wmawiam sobie, że pojawiła się tylko dla mnie, w określonym momencie, jak przeznaczenie stukające w moją uśpioną mózgownicę), zatem nauczycielka powiedziała: będziemy czytać wiersze napisane przez kogoś w waszym wieku. Chłopaki, jak tylko usłyszeli słowo „poezja”, zaczęli udawać, że wymiotują i zatykali sobie uszy, wydając grubiańskie odgłosy. Ale ona mimo wszystko swoim drżącym głosikiem przeczytała wiersze i listy tego chłopca, nie zważając na cały zgiełk. Zaczęła od „Ach, nie jest się poważnym w siedemnastej wiośnie” [Pierwszy wers wiersza Arthura Rimbauda Romans w przekładzie Jarosława Iwaszkiewicza – przyp. tłumacza]. Najpierw pomyślałem sobie, nie ma racji, bo dla nas siedemnaście lat to bardzo poważny wiek. Potem jednak zamiast głosu nauczycielki usłyszałem twardy głos chłopaka mówiącego o swoich pragnieniach, buncie, ranach, pożądaniach, ale nie tylko, mówił też o świecie, o swoim i o moim, i nagle odniosłem wrażenie, że mówi tylko do mnie. Tak, bezpośrednio. Mówił mi, jestem twoim bratem. Przeczytała też wiersz, w którym mówił, że każda samogłoska ma swoją barwę [Aluzja do wiersza Rimbauda Samogłoski – przyp. tłumacza], co wydało mi się tak oczywiste, że aż podskoczyłem: dla mnie również słowa miały swoje barwy. Bardziej niż wyspa ze swoimi błękitami i odcieniami pomarańczowego, słowa wzbudzały w mojej głowie fioletowe napady wściekłości. Kiedy nauczycielka skończyła, powiedziała ten poeta nazywa się Rimbaud.

            Jestem twoim bratem.

            Jestem twoim sobowtórem. Jestem tobą. I wtedy właśnie czyściutko się rozszczepiłem: byłem Sadem spetryfikowanym na swoim twardym stołku, a jednocześnie kimś innym, kto nie był do niczego przywiązany, kto obserwował rzeczy i zaklinał je swoją myślą, swoim wyzwaniem, swoją śmiertelnością.

            Tego wieczoru, wyciągnięty w łóżku, wziąłem do ręki flamaster i zacząłem pisać różne rzeczy po ścianie, koło swojej głowy. Oczywiście to były rzeczy o Ewie. Ona jedna zaprzątała moje myśli. Zacząłem do niej mówić, mówiłem do niej na „ty”, zgadywałem, gdzie chodzi, co myśli, co przeżywa. Ona nie wie, że tak dobrze ją rozszyfrowałem. Tak wiele o niej napisałem, że czasem mówię sobie, że piszę także jej życie, i życie innych, życie wszystkich.

            Czytam po kryjomu, bez ustanku. Czytam w latrynach, czytam w środku nocy, czytam, jakby książki mogły poluzować szubieniczny węzeł wokół mojego gardła. Czytam, pojmując, że istnieje jakieś „gdzie indziej”. Jakiś wymiar, w którym rozbłyskują możliwości.

 

—————————————————————

Les hommes qui me parlent
(Mężc
zyźni, którzy do mnie mówią)

Les hommes qui me parlent wydane w 2011 przez Gallimarda jest utworem o charakterze autobiograficznym, pewnym rodzajem introspekcji i medytacji nad życiem.

Ananda Devi opisuje w nim swoje podwójne życie: żony, matki, a jednocześnie pisarki i poetki. Zastanawia się nad różnymi rolami, które odgrywa w życiu, jak również nad swoimi wyborami, nad samotnością, która towarzyszy każdemu człowiekowi. Autorka tworzy bardzo szczery portret kobiety starającej się pomóc chorującemu na depresję młodszemu synowo i zrozumieć go, opowiada o swoich dylematach związanych z małżeństwem, o trudności pozostawania w relacji z drugim człowiekiem, o nieuchronnych zmianach, o potrzebie akceptacji i pozostawienia partnerowi wolności wewnętrznej.

Les hommes qui me parlent pisarka wspomina również swoje szczęśliwe dzieciństwo na Mauritiusie, zwraca uwagę na bliskie relacje łączące ją z kochającym i troskliwym ojcem. Pisze następnie o swoim wyjeździe na studia do Londynu, gdzie spotkała swojego przyszłego męża, o późniejszym życiu we Francji w Ferney-Voltaire.

Dzięki tej książce czytelnik ma szansę na odkrycie tajemnic warsztatu maurytyjskiej pisarki. Ananda Devi opisuje swój debiut literacki, przedstawia ulubionych pisarzy (m.in. V. Woolf, A. Camusa, S. Plath, T.S. Elliota, J.-M.G. Le Clézio), wymienia najważniejsze dla siebie książki, wiersze, omawia niektóre fragmenty swoich tekstów, tłumaczy zachowanie swoich bohaterów lub zdradza źródła inspiracji (np. okoliczności stworzenia postaci Mary Grimes z Les Jours vivants, Mallacre’a – bohatera Rue la Poudrière). W rozważaniach tych pisarka sporo miejsca poświęca czytelnikom, których opinie są dla niej cenne.

Les hommes qui me parlent stanowi wyjątkowy tekst w twórczości Anandy Devi, który będąc bardzo intymnym zapisem życia i przemyśleń dojrzałej kobiety, może czasami szokować, wzruszać i skłaniać do refleksji. Niewątpliwie pozwala również lepiej zrozumieć przesłanie twórczości maurtyjskiej pisarki i jej wizję świata.

 

 

Les hommes qui me parlent
(s. 25-37 oryginału)

 

Miałam spróbować zebrać razem fragmenty mojego ciała. Powracam do tej piętnastoletniej dziewczyny, której chcę się pozbyć, a która jest być może przyczyną wszystkiego; jakby mój mózg się zmumifikował w tym wieku i postanowił, że przestanie rosnąć. Może zdał sobie sprawę, że jest w nim jakaś siła, spontaniczność, coś przypominającego łaskę, co dorosłość zniszczy?

            W lustrze pokoju hotelowego pilnuję jej z wrogością starej, zazdrosnej kobiety. Mam jej za złe z miotającą iskrami wściekłością. Czerwona wściekłość.

            Och tak, znam cię dobrze, mała cipurajdo. Piętnaście lat. Właśnie przeżyłaś swoją pierwszą miłość. Właśnie ją utraciłaś. Najstarsza historia świata, nie ma o czym mówić, z tym, że już jesteś pisarzem i możesz, oczywiście, z tego nic tworzyć całe światy. To młody dwudziestopięcioletni mężczyzna, tak naprawdę wcale nie przystojny, ale mający ciepły głos i bardzo błyszczące oczy, jakby znał szczęśliwy sekret życia. To zupełnie wystarczające dla początkującego pisarza, tyle, ile trzeba na powieść, a może nawet na kilka, wystarczająco dużo, żebyś sobie wyobraziła, że żyjesz. Myślisz, że twoje babki z piasku staną się pewnego dnia zamkami zbudowanymi w powietrzu.

            Jednak rzeczy nie są nigdy proste ani dla nastolatek ubranych w swoje marzenia, ani dla twoich rodaków obnoszących się ze swoimi przesądami. Pomimo twojej nieśmiałości i wyglądu grzecznego dziecka twoja pierwsza miłość ma posmak skandalu. Ten młody mężczyzna stanowi część zakazów, które twoja społeczność z takim zapałem kultywuje: nie ma właściwej barwy – ani od strony tożsamościowej, ani rasowej, ani religijnej, ani społecznej, ani ekonomicznej, a jeszcze mnie biologicznej. Zupełnie nie ma właściwego koloru. Dla tego społeczeństwa, którego wszystkie części składowe przybyły tu przypadkiem i które muszą sobie zbudować z braku innej jakąś pozorną tożsamość, oszukańczą i głęboko rasistowską (wielcy bogowie, czyż nie czas, żeby to wreszcie otwarcie powiedzieć?), nosi skazę, która nie zniknie nawet trzy wieki po odkryciu wyspy. Nie do pomyślenia trzydzieści osiem lat temu. Ci, którzy cię znają, mają ci to za złe, wyrażając to z nieoczekiwanym okrucieństwem. Twoi przyjaciele, twoi kuzyni, ludzie, których, jak ci się wydaje, znasz, ujawniają nagle mniej zdrową twarz. Żółć, którą w nadmiarze ociekają jeszcze uśmiechy Maurytyjczyków dumnych ze swojej wieloetniczności: gdy się najdelikatniej choćby naciśnie, wypływa na wierzch, wydzielając woń wnętrzności.

            Twoi rodzice wychowali swoje córki według humanistycznych zasad i odrzucając rasizm. Nie mogą zatem zakazać ci czegokolwiek pomimo skrywanego niepokoju w odniesieniu do tych dziewcząt, które, jak się wydaje, musnęła poświata szaleństwa. Co więcej, pokładają nadzieję, niestety nieuzasadnioną, w twoją zdolność przestrzegania ustalonych granic. Obserwują twoje zachowanie z owym niepokojem wspólnym wszystkim rodzicom, którzy wierzą, że ich dzieci idą prosto w stronę ściany. Niczego nie żałujesz. W tym jednym roku nauczyłaś się żyć.

            Jednak prawdziwy rozmiar resentymentu dostrzegasz dopiero wtedy, gdy ktoś używa w odniesieniu do niego słowa tak zdecydowanie brzydkiego, że nie od razu pojmujesz jego znaczenie.

            Pierwsza bańka złudzenia pęka. A następnie, jedna za drugą, wszystkie inne. Te słowa nienawiści – „jest podobny do ropuchy” – wychodzą z ust bliskiego przyjaciela. Potem słyszysz inne słowa. Między nimi a tobą tworzy się dystans. Stanie się fosą, potem otchłanią, ale nic jeszcze o tym nie wiesz. Odczuwasz po prostu wściekłość; wściekłość w słusznej sprawie.

            Zaczynasz rozumieć, że przesądy rasowe wyrażane są metaforami: karaluchy, szczury, ropuchy. Jakiż ciężar składamy, zanim je rozdepczemy, na małe, aktywne ciałka tych owadów, które żyły przed nami i będą istniały długo potem, kiedy nas już nie będzie! A przecież, mówisz sobie, tak samo jak my, lepiej niż my potrafią budować światy. Podróżują dalej, umieją zorganizować się bez słowa albo zjednoczyć się, żeby przezwyciężyć przeszkody. Udaje im się dokonać tego wszystkiego, jednocześnie broniąc się przeciwko naszym atakom. I to ludzie opierają swoje rozumowanie na tym obrazie szkodników, które muszą wytępić, przez utożsamienie ze zwierzętami, których się boją albo które budzą ich obrzydzenie: szczurami, karaluchami, ropuchami, stonogami, pasożytami. Podludźmi, szympansami, makakami. Jeszcze dzisiaj, na stadionach, wyciąga się banany. Pod politurą naszego drewna rasa trzyma się dobrze.

            Powiększona przez rzeczywistość do tej pory zaledwie dostrzegalną, moja osobista historia nabrała innego wymiaru. Moje wiersze z tamtego okresu, spisane okrągłym pismem, przekształciły tego młodego mężczyznę w poetycką fikcję. Moje spojrzenie w miejscu twarzy widziało baśnie, dostrzegało sekrety w czarującym uśmiechu, smutki zakwitające na drodze, którą szłam. To doświadczenie stało się aktem literackim, który w głowie piętnastoletniej dziewczyny zbudowało wszechświat słów i być może również zasiało poczucie transgresji.

            Jak wszystkie historie, skończyło się to pewnej niedzieli. (Jak Juliette Gréco mam zwyczaj mówić, że nienawidzę niedzieli).

            Moja matka czytała gazetę. Właśnie wstałam. Na wpół obudzona, opatulona w stary, wełniany szal w lodowatej wilgoci Forest-Side, ze stopami w grubych, pluszowych skarpetach, jak co rano pocałowałam ją na dzień dobry. Z zimnym uśmiechem powiedziała mi: wiedziałaś, że *** dzisiaj się ożenił? Opanowałam się, żeby nie zareagować, żeby się nie zachwiać. Byłam młoda, ale dumna. Pomimo szoku, jaki wywołała ta wiadomość, która sprawiła, że krew odpłynęła mi z twarzy (pamiętam jeszcze to wrażenie natychmiastowego odpływu – pomyślałam wtedy, że właśnie zrozumiałam sens słowa „zblednąć”), odparłam głosem, o którym wiedziałam, że brzmi fałszywie: naprawdę? A to ścichapęk! Oczywiście, nie wiedziałam nawet, że był zaręczony.  

            Zostawiła mi gazetę otwartą na stronie, gdzie było zdjęcie jego i panny młodej. Zdjęcie wypaliło się na mojej siatkówce, pierwszy szok w życiu, zadziwiająca koncentracja myśli i emocji w jednej sekundzie, gdy dziennik leży przede mną, uśmiechająca się twarz dostrzeżona i zapamiętana, obecność obok w białym tiulu dostrzeżona i odsunięta. Jednak drżenie, które mną wstrząsnęło, nie było spowodowane tym brutalnym odkryciem jego kłamstwa, lecz nie mniej brutalnym okrucieństwem matki, nawet jeśli było nieświadome. Tego dnia musiałam stać się dorosła, bo moje postrzeganie matki się zmieniło. Matka, a także, przy okazji, wróg.

            Weszłam na strych i usiadłam przy uczniowskim pulpicie, przy którym pisałam. Stał frontem do okna. Wychyliłam się. Oceniłam wysokość: dom miał tylko jedno piętro, strych nie był zbyt wysoki. Złamałabym najwyżej nogę albo rękę, ale moja intencja była jasna i precyzyjna: chciałam się rzucić z okna. (Jak widać, nawet banalne melodramaty dla midinetek oparte są na jak najbardziej realnych emocjach).

            Ta chwila jest całkowicie wyraźna w mojej pamięci. Półcień strychu o spadzistym dachu, pudełka i przedmioty nagromadzone z biegiem lat, kołyska mojej starszej siostry, fotografie, gitara młodszej, która przychodziła tu grać, stary, trzcinowy fotel, a w głębi pomieszczenia, w części przeciwnej do tej, w której się znajdowałam, prawie całkowita ciemność, kurz, nieznane, do którego się nie zapuszczałam. Potem niebieskie i zielone światło w oknie, na ogród warzywny, w którym królowała wspaniała czapetka malajska dająca obfitość dużych owoców, niezbyt słodkich, ale chrupko świeżych. Dzień był chłodny, wrażenie niedawnego deszczu, który na chwilę przestał padać, ale niebawem pojawi się z powrotem. Trawy i rośliny wyrastające z ciemnej i prawie błotnistej ziemi. Intensywna rześkość zapowiadająca zimę. W dole, gdy się wychyliłam, kamyki i żwir. Nasze życie, dla którego byłam kimś obcym.

            W chwili, gdy pomyślałam, że być może warto spróbować, obok mnie pojawił się ktoś inny i powiedział z nutką ironii: więc to tak jest, kiedy się cierpi z miłości? To byłam ja. Usiadłam przy moim pulpicie, a tamta przyglądała mi się wzrokiem entomologa, i zaczęłam pisać. Osoba, która przemówiła, niczego nie czuła. To ona pisała te drobiazgowe wiersze. Gdy płakałam, patrzyła na mnie jak na świnkę morską.

            Ta sama osoba pisała przez te wszystkie lata, nie przejmując się zupełnie moimi stanami ducha, kiedy opłakiwałam swoje życie.

            To ona sprawiła, że byłam taka samotna. Myślałam, że najboleśniejsze doświadczenia będą dla niej krwawym pokarmem i że dzięki temu będę mogła je znosić. Nie wiedziałam, że jej krwawym pokarmem będę ja. Była tak silna, że zmartwienia, które mogłam odczuwać rozwiewały się wobec jej ciekawości, jej wampirycznego głodu wiedzy. Mój cień błyszczał silniej niż ja. Zawsze była przy mnie, zawsze trochę ironiczna, zawsze obserwowała moje życie, nie uczestnicząc w nim, chyba że chodziło o pisanie. Wtedy zastępowała mnie i pisała z dzikością i mrocznością, które z biegiem lat stały się jej (moim) znakiem firmowym. Ale to nie byłam ja. Opuszczała mnie, gdy tylko wykorzystała moją dłoń do pisania. Dzisiaj chciałabym stać się nią. Kobietą z metalu. Kobietą ze stopionego złota.

            Mężczyzna, który do mnie mówi, twierdzi: ty jesteś A.D. Jesteś znana, uznana, podziwiana. Jak możesz uważać, że jesteś na łasce innych? To ty powinnaś dyktować swoje życie!

            Tak więc w ciągu ostatnich tygodni zaczęłam sobie powtarzać: jesteś A.D., jesteś A. D., próbuję trzymać się prosto, nie pozwolę, żeby zapanowały nade mną strach, nieśmiałość, nie będę odczuwać skurczu w brzuchu. Tyle, że to nie działa. Nie jestem nią. Nawet pisząc te słowa, mam wilgotne oczy i gulę w brzuchu. Nie jestem nią. Jest mną inną, ale trzyma się z daleka ode mnie, jak dzikie zwierzę. Pożre mnie, ale mnie w siebie nie przekształci.

            Piszę to, ponieważ uważam, że pora otworzyć drzwi. Albo dlatego, że ona nareszcie dostrzegła we mnie temat literacki…

            Tamtego roku, gdy miałam piętnaście lat, przeżyłam też inną historię miłosną – z Mauritiusem. Z moją wyspą. Odkryłam zarazem miłość i porzucenie, ubóstwo niektórych moich rodaków, przesądy niektórych innych oraz fascynujące i wspaniałe błoto mojej wyspy. Bogaty rok! Brakowało mi tylko drzewa mądrości i cierpliwości medytowania przez sto lat, żeby doznać oświecenia i stać się tym uczniem Buddy, którego noszę imię.

            Zamiast oświecenia otrzymałam trochę osobistej magii: słowa wyspy. Bezustannie, jednocześnie napływały do mnie historie, nowele, które musiałam spisywać bardzo szybko, czasem siedząc w ostatniej ławce w klasie; moje dni były wypełnione pisaniem, a noce insomnią. Każdy centymetr asfaltu mówił mi, że przeszły po nim tysiące ludzi, a każdy z nich przeżył swoje życie. Nie wątpiłam, nie wahałam się, otwierałam dłonie i otrzymywałam cudowny, obfity deszcz, który spływał na mnie od wszystkich, a przede wszystkim od niej.

            Moją ówczesną bańką był wtedy volkswagen garbus mojego ojca. Kiedy nie byłam w gimnazjum, towarzyszyłam mu wszędzie, siedziałam w samochodzie z notatnikiem, czasami godzinami czekałam na niego w Port Louis i obserwowałam. Garbus był zamkniętym i gorącym światem. Moim szarym skarabeuszem, który oddzielał mnie od świata i który, poprzez szyby, pozwalał mi widzieć, podczas gdy sama pozostawałam niewidoczna. Plac katedralny. Kawiarnie Port Louis. Chodniki, chińskie sklepy, zapach snoek, kłębiący się lud, żywy, o wszystkich możliwych odcieniach skóry, najrozmaitsze fizjonomie i wyrazy twarzy, pokarmy ziemskie i duchowe, hinduistyczne świątynie, smażony makaron, pagody, dhal puris, meczety, halim, katedry, samoussas, wielkość i namiętność, żebracy i luksus, przemoc i słabość, cały świat na rozłożonej dłoni miasta. Wystarczyło być tam i wszystko się już zobaczyło. Dokerzy i mercedesy. Pot i klejnoty. Lady zwielokrotnione kolorowymi wstążkami, które pożerały wzrokiem dziewczynki ciągnięte za rękę przez zaaferowane matki, sprzedawcy obwożący swoje życie w upale i niepewności. Życie było tam, w kurzu pod czerwonym słońcem, a nie w moim azylu w Forest-Side, w wielkim, kolonialnym domu okolonym bambusami. Życie było tu, w tym mieście, które przyklejać się będzie do moich butów wszędzie tam, gdzie pójdę, i pozostanie bohaterem moich noweli i powieści. Obrośnie cierniami i drutem kolczastym, ale pozostanie zakorzenione w moim ciele, nieważne, gdzie będę przebywać.

            To tam spostrzegłam biegnącą dziewczynę o długich, czerwonych i szalonych włosach, która stanie się centralną postacią noweli zatytułowanej Katedra i filmu nakręconego na jej podstawie trzydzieści lat później. Lina, wolna dziewczyna, miała tego dnia bose stopy. Odtąd moje postacie kobiece biegają, chodzą, kuśtykają, wzlatują w powietrze. Mój skarabeusz nie pozwolił mi pobiec za nią czy unieść się w powietrze. W dalszym ciągu siedziałam w zapoconym samochodzie, pozwoliłam jednak podążyć za nią mojej wyobraźni. Zobaczyłam całą nowelę, obecność katedry jak starej, kamiennej kobiety zazdrosnej i zaborczej wobec tej jakże lekkiej dziewczyny, marynarza ubranego w błyszczący biały mundur, jak anioł, jak zdrajca, i dom o zapachu starych, zbyt długo noszonych butów.

            Nie poszłam za Liną ulicami Port Louis. Mogłam. Jednakże gdybym tylko opuściła swoją ochronną skorupę, stałabym się znowu mną, świadomą spojrzeń (tego spojrzenia innych, które skazuje mnie na bycie mną), przerażona, że się zgubię, niezdolna wyjść z siebie, żeby podążyć za tą rówieśnicą, dotknąć ją, być nią. Pozostaję w swojej bańce, ale za to Mauritius przychodzi do mnie. Poprzez szyby samochodu, z ukwieconego synogarlicami cmentarza wytryskuje opowieść o ojcu zakochanym w swojej córce. Bukiet nieśmiertelników w domu wytwarza mitologię, którą nazywam „zielonym wzlotem”. Bardziej niż bardzo niebieskie niebo, moimi kolorami będą zieleń trzciny i czerń kamieni wydobywanych z pól. Morze też nie będzie niebieskie, lecz rozwścieczone, morze w Gris-Gris, będzie niebezpiecznym morzem z moich snów, będzie utopieniem się moich rybaków, stalową barierą, nigdy nie będzie przyjazne. Joséphin, którego obdarzy pieszczotami, jakich nie doczekał się od matki, poniesie w nim w końcu śmierć. Morze i utonięcie są synonimami.

            Tak więc od tamtego czasu żadnego błękitu nieba czy morza, a to, co pozostaje, jest miejscem szarym i czarnym, pięknym w sposób oszałamiający i śmiertelny, lasy drzew od dawna martwych albo lasy cementowe, figowce bengalskie, miejsce schadzek cudzołożników i nagie wzgórza, z których rzucają się nieszczęśnicy. Moja osobista mitologia nie jest wesoła, ale jest w niej także przejście, most między wyspą a mną, przez które mogę przejść, kiedy chcę, żeby zanurzyć się w jej mętnych wodach, więcierzach i zapachach trujących alg. Otworzyła przede mną te drzwi. Nigdy się mnie nie wyrzekła. Jak ja była podwójna: społeczeństwo, które stawało się wewnętrznie coraz bardziej zimne, i wyspa, która nie przestawała rosnąć, żeby stać się wszechświatem zaludnionym potworami i więźniami.

            Powracam dzisiaj myślą do garbusa mojego ojca, do mojego szarego skarabeusza.

            Miałam jedenaście lat w chwili proklamowania niepodległości wyspy. Przypominam sobie białe noce spędzone z moimi rodzicami na słuchaniu nowin przez radio, ponieważ zamieszki wybuchły w Trois Boutiques, wiosce, którą opuściliśmy kilka lat wcześniej. Wioska ta, tak spokojna, że zdawała się skazana na wieczny sen, stała się teatrem, iskrą tych zamieszek! Wydawało nam się to nie do pomyślenia. Był strach, że ten ogień się rozprzestrzeni. Byli zabici. Jednak, ostatecznie, maurytyjski sztandar został wciągnięty na szczyt masztu. Asystował temu wydarzeniu generalny gubernator z trzepoczącymi angielskimi piórami. Moi rodzice z ogromną dumą śledzili zachowanie naszego całkiem nowego premiera. Zrozumiałam, że ta chwila narodzin kraju była ściśle związana z naszą przyszłością. Ja również wzrastałam z tą dumą, że jestem Maurytyjką.

            Jednak w garbusie pojawiały się inne obrazy burzące tę piękną baśń. W Port Louis widziało się całą resztę. Prawdziwą, nieprzejednaną, nie dającą się ukryć rzeczywistość kraju zapóźnionego, jak mówiło się wówczas, nie troszcząc się o polityczną poprawność, rzeczywistość tych, którzy musieli walczyć o każdy oddech, słychać było każdy jęk, każde stęknięcie z wysiłku. Najdobitniej objawiło mi się ich milczenie.

            Może sama, będąc milczkiem, byłam bardziej skłonna do usłyszenia tego, czego się nie mówiło.

 

Accessibility